I'm just a poor boy from Nottingham/ I had my dreams/ But in this world they’re gone, they’re gone/ Oh, I’m so lonesome on my one – to pierwsze zdania, jakie wyśpiewuje na swoim trzecim krążku Jake Bugg. Mówią o nim w zasadzie wszystko. Urodzony w tym samym mieście, co aktorka Samantha Morton ("Control", serial "The Last Panthers"), gra trochę niemodną dziś muzykę. No, i mało modnie wygląda. Do tego nie stoi za nim rzesza producentów, tylko sam komponuje. Ale komponuje tak, że już swoim pierwszym albumem "Jake Bugg" zachwycił Noela Gallaghera, Damona Albarna i Eltona Johna, został nazwany przez brytyjską prasę nadzieją tamtejszego rocka, wylądował na szczycie listy przebojów i przy okazji sprzedał ponad pół miliona płyt.

Drugi krążek, wyprodukowany przez samego Ricka Rubina, zasłużył na nieco mniejszy entuzjazm. Przy trzecim "On My One" Bugg (w większości sam go wyprodukował) mówi w wywiadzie dla "New Musical Express", że trochę obawia się przyjęcia, bo przecież jak się okaże klapą, to prawdopodobnie nikt nie sięgnie już po jego następną płytę. Dlatego, komponując numery na "On My One", dał z siebie wszystko. Chciałby, żeby śpiewanie było jego "pracą" na zawsze, i nie chciałby zawieść swoich fanów.

Jednocześnie wie, że ryzykuje trochę, zmieniając swój kierunek. Był jednak zmęczony muzyką i naciskami wytwórni, potrzebował świeżości. Wniósł ją m.in. Mike D z zespołu Beastie Boys. Bugg odbył kilka sesji muzycznych z członkiem legendarnego hiphopowego składu. Choć nie pozostał po nich ślad w postaci wspólnych nagrań, to jednak te spotkania odcisnęły na Buggu mocne piętno. Najbardziej słychać to w numerze "Ain't No Rhyme". Bugg nigdy tak nie śpiewał, niemal rapuje, a sam numer pasowałby do dyskografii Beastie Boys. Ale krążek zaczyna się zgoła inaczej.

Tytułowe "On My One" brzmi, jakby nagrał je syn Boba Dylana. Drugi kawałek "Gimme the Love" to pierwszy mocny zakręt na tym albumie. Najbardziej dynamiczny, z mocnym bitem, gitarami, nowoczesny rock'n'roll w stylu Jacka White'a. Następne jest "Love, Hope and Misery", i kolejne zaskoczenie. Jake przekonuje, że chciał nagrać numer w stylu ikony soulu i r'n'b Billa Withersa (śpiewa chociażby słynne "Ain't No Sunshine"). Udało mu się zresztą zaprosić do zagrania na bębnach perkusistę Jamesa Gadsona (dziś niemal 80-letniego), który przed laty grał z Withersem. Piękną, przestrzenną oprawę otrzymało "The Love We’re Hoping For" z gitarą akustyczną, w country’owym stylu Johnny'ego Casha Bugg gra w "Put Out the Fire", bujające, soulpopowe jest "Never Wanna Dance" z Buggiem wchodzącym w wysokie tony, wreszcie wzrusza balladą w akustycznym "All That". Każda piosenka na "On My One" to wydarzenie i każda zachęca do wielokrotnego powrotu.

Dobrze, że przed laty młodziutki Jake oglądał kreskówkę "Simpsonowie". Jak mówi, to właśnie dzięki niej, a dokładnie piosence amerykańskiego songwritera Dona McLeana "Vincent", wykorzystanej podczas wzruszającej sceny deszczu meteorytów w jednym z odcinków przygód rodziny Barta Simpsona, Jake poczuł miłość do muzyki. I tak mamy jeden z najlepszych albumów tego roku. "On My One" będzie można posłuchać na żywo. 13 sierpnia Jake Bugg wystąpi po raz pierwszy w Polsce, w warszawskim klubie Palladium.

Jake Bugg | On My One | Universal