Z grupą było tak, że pierwsze trzy płyty ukazały się w trzy lata. Następne cztery ukazywały się na przełomie dziewięciu. Podejście zespołu do życia, temperaturę tego uczucia najlepiej określa tytuł nagrania z wydanej w 2007 roku płycie „Puzzle”. „Living Is A Problem Because Everything Dies”. Trochę ponarzekamy, jesteśmy postgrungowymi dziećmi, a na domiar złego i tak umrzemy.

Podobnie jest na "Ellipsis". Na logiczną, tekstową i artystyczną kontynuację "Opposites" przyszło nam czekać aż trzy lata. Po pierwszych reakcjach widać, że zespół nowych fanów nie zyska, a starych nie straci.

Choć mogło być inaczej, gdyby wszystkie nagrania posiadały moc i przebojowość otwierającego "Wolves of Winter". Zabawy pomiędzy sekcją i gitarą, budowane napięcia, chóralne odśpiewywanie refrenów - wszystko to zwiastowało, że Simon Neil, James Johnston oraz Ben Johnston przypomnieli sobie o tym, co sprawiło, że festiwale zaczęły ich traktować jako headlinerów, a radia pokochały, wrzucając fragmenty nagrań nawet do spotów reklamujących pasma.

Większość następnych nagrań to poszukiwanie klimatu, oddawanie się emocjom. Zespół gra tak, jak przyzwyczaił fanów od lat - stylistyka zaczyna być rozpoznawalna na równi z takimi mistrzami autopowtarzalności jak AC/DC czy Iron Maiden. I to pomimo delikatnych eksperymentów i zaskakiwania brzmieniami. W ramach tego poszukiwania zabrakło jednak tego, co sprawia, że do płyty chcemy powracać - ładnych piosenek, przebojów.

Dużo tu eleganckiej, jak na rockowe brzmienia, melancholii. Sporo cierpienia i autobiograficznych podróży. Niektóre - jak "Medicine" mogą na antenach rozgłośni radiowych cieszyć się popularnością. Jednak jak na zespół o aspiracjach ponadgatunkowych, by nie powiedzieć mainstremowych to niestety za mało.

Z grupą było tak, że pierwsze trzy płyty ukazały się w trzy lata. Następne cztery ukazywały się na przełomie dziewięciu. Podejście zespołu do życia, temperaturę tego uczucia najlepiej określa tytuł nagrania z wydanej w 2007 roku płycie „Puzzle”. „Living Is A Problem Because Everything Dies”. Trochę ponarzekamy, jesteśmy postgrungowymi dziećmi, a na domiar złego i tak umrzemy.

Podobnie jest na "Ellipsis". Na logiczną, tekstową i artystyczną kontynuację "Opposites" przyszło nam czekać aż trzy lata. Po pierwszych reakcjach widać, że zespół nowych fanów nie zyska, a starych nie straci.

Choć mogło być inaczej, gdyby wszystkie nagrania posiadały moc i przebojowość otwierającego "Wolves of Winter". Zabawy pomiędzy sekcją i gitarą, budowane napięcia, chóralne odśpiewywanie refrenów - wszystko to zwiastowało, że Simon Neil, James Johnston oraz Ben Johnston przypomnieli sobie o tym, co sprawiło, że festiwale zaczęły ich traktować jako headlinerów, a radia pokochały, wrzucając fragmenty nagrań nawet do spotów reklamujących pasma.

Większość następnych nagrań to poszukiwanie klimatu, oddawanie się emocjom. Zespół gra tak, jak przyzwyczaił fanów od lat - stylistyka zaczyna być rozpoznawalna na równi z takimi mistrzami autopowtarzalności jak AC/DC czy Iron Maiden. I to pomimo delikatnych eksperymentów i zaskakiwania brzmieniami. W ramach tego poszukiwania zabrakło jednak tego, co sprawia, że do płyty chcemy powracać - ładnych piosenek, przebojów.

Dużo tu eleganckiej, jak na rockowe brzmienia, melancholii. Sporo cierpienia i autobiograficznych podróży. Niektóre - jak "Medicine" mogą na antenach rozgłośni radiowych cieszyć się popularnością. Jednak jak na zespół o aspiracjach ponadgatunkowych, by nie powiedzieć mainstremowych to niestety za mało.