Dwa-trzy lata temu odkrył ją Dave Stewart, starszakom znany z genialnego i w sumie nieodżałowanego duetu Eurythmics. I wiedział, że trafił na talent. Od kiedy jego macierzysta formacja praktyczne przestała istnieć Stewart skupił się na byciu łowcą talentów, producentem, agentem, wujkiem dobrą radą. Nie od dziś wiadomo, że na tym polu chciał się zrealizować i mieć kogoś, kogo odkrycie będzie mu przypisywane. Tak, jak nie do końca słusznie odkrycie Kate Bush przypisuje się Davidowi Gilmourowi.

Ale to, że Panną Stephenson zajął się Stewart wszystkim wyszło na dobre. Artystka nawet na chwilę nie śpiewa za bardzo, nie przekracza granicy, za którą płyta byłaby przesadzonym retro-cukierkiem. Produkcja stawia Hollie tak blisko Amy Winehouse, że czasem można się pomylić. "Confession" albo "Paintelss Rebelion" mocno wibrują, poruszają się w światach pomiędzy bluesem, soulem i jazzem. Głos Stephenson na tle instrumentarium pozycjonowany jest tak, by wydobywać dolne tony i naturalną ciepłą barwę. To w oczywisty sposób budzi skojarzenia z jednym z największych talentów w historii.

Ale są też rzeczy, które Hollie od Amy zdecydowanie rozróżniają. W dobrym tego słowa znaczeniu Stephenson jest grzeczniejsza, mnij zadziorna, gładsza. Nie traktuje się tak, jakby wiedziała, że nie jest kimś dobrym – wręcz przeciwnie pokazuje, że z klasą króluje na scenie umieszczonej nad parkietem, rozdaje karty, zarządza rytmem. Nikt nie drży, że wodzireje gdzieś zgubi się głos, bo od razu wiemy – to osoba z innego świata.

Stewart za rękę wprowadził też Hollie w rejonu swingu, a nawet twista. Każe subtelnie wirować i wibrować. A to daje wejście na każdą scenę koncertową.

Jedyne czego płycie brakuje to nutki autentyzmu. Chciałbym wierzyć, że Hollie urodziła się z zamiłowaniem do takich rytmów, że czuje się w nich jak ryba w wodzie, a nie jest prowadzona w świat za rękę przez Ojca Chrzestnego. Ale na to pewnie przyjdzie czas na koncertach. Już czekam.