Maya Arulpragasam, czyli M.I.A., zapowiadała, że jej najnowszy album "A.I.M." będzie ostatnim, ale też pozytywnym, co w przypadku jej twórczości może być zaskoczeniem. M.I.A. jak mało kto potrafi bowiem dosadnie mówić o bolączkach współczesnego świata. Tak zresztą było od początku kariery urodzonej 40 lat temu w Londynie córki lankijskiego aktywisty.

Artystkę silnie związaną ze Sri Lanką najpierw fascynowało kino (chociażby twórczość Spike’a Jonze’a) i chciała zostać reżyserką. Potem zajęła się sztuką graffiti, i to z powodzeniem, jej prace kupował m.in. aktor Jude Law. Wreszcie zdecydowała się skoncentrować na muzyce. W 2005 r. wydała debiutancki krążek "Arular". Na nim, tak jak na kolejnych płytach, w szalony sposób miksuje hip-hop, electro czy ragga z naleciałościami world music i politycznymi tekstami. Mocne piosenki i jej buntowniczy wizerunek przysporzyły jej spore grono fanów, ale też problemy. Prasa zarzucała jej naiwność w ocenach świata i budowanie kariery na kontrowersjach. M.I.A. krytykowała USA za ich wojenną politykę, gwiazdy pop (m.in. Bono) za ich celebryckie zaangażowanie w walkę o pokój, popierała Juliana Assange’a i przypominała światu o tragicznej sytuacji na Sri Lance. Nie przeszkodziło jej to w sprzedawaniu kilkuset tysięcy płyt, otrzymaniu nominacji do Oscara (za piosenkę do "Slumdog. Milioner z ulicy"), Grammy i kilkudziesięciu innych nagród. Czyżby teraz postanowiła zmienić ton, złagodnieć?

W niedawnym wywiadzie dla "New York Timesa" powiedziała: "Nie mam zamiaru uciekać od polityki. Już dawno zdecydowałam, że nie zamknę oczu na pewne sprawy, tylko po to, żeby podpisywać większe kontrakty i pławić się w luksusie. Tylko że teraz zamiast ciągłego wytykania zła i narzekania postanowiłam pokazać, jak można pewne błędy naprawić". Już pierwszy numer z płyty "A.I.M.", "Borders", ze znakomitym mocnym klipem pełnym scen kojarzących się z dramatycznymi zdjęciami z obozów dla emigrantów i ich morskimi ucieczkami pokazuje, że twórczość M.I.A. wciąż przesiąknięta jest polityką. Powtarzające się w utworze słowa: wolność, granice, nowy świat czy boat people, dają jasno do zrozumienia, jaki jest temat utworu. Problemami ludzi w przechodzeniu ze świata wojen w rejon europejskiego kapitalizmu Maya zajmuje się także w utworach "Visa" i "Ali R U OK?". M.I.A. nie tyle daje wskazówki, jak można wyjść chociażby z emigracyjnego kryzysu, co stara się podtrzymać uciekających ludzi na duchu. Sama mówi, że jest emigrantką. Sporo śpiewa o sobie w "Finally", przekonując, że ma dziką naturę i niełatwo z nią obcować, ale jak już ktoś ją pokocha, to zrobi dla niego wszystko.

Muzycznie jest na tej płycie na zmianę nieznośna i kusząca. Tradycyjnie trudno określić w jednym zdaniu, jaka jest jej muzyka. Tym razem pomógł ją wykreować m.in. Skrillex. Wydaje się, jakby M.I.A. brała dźwięki z różnych stron świata i z tego miszmaszu kultur i klimatów kleiła kompozycje pasujące do jej agresywnego rapu. "Swords" brzmi jak nagrane przez awangardowy zespół hiphopowy na Bliskim Wschodzie. "Visa" – jakby M.I.A. nagrała ją w Indiach, a kilka innych ma korzenie w Afryce. Maya bywa tu też jednak niemal popowa ("Freedun"). Natłok dźwięków i mocnych tekstów artystki na tym aż siedemnastoczęściowym albumie nie jest łatwy do przebrnięcia naraz. Kilka fragmentów wydaje się jakby tylko zbitkami pewnych pomysłów. Mimo to warto poświęcić tej płycie chwilę. Wyróżnia się pasją, gatunkowym miszmaszem i odwagą.

M.I.A. "A.I.M." Universal Music