Ale jego lekko zawadiacki, szalony i zabawny sposób bycia momentami mi imponuje. Williams potrafi z siebie żartować, a to w popie duża wartość. Jednocześnie nie można mu odmówić posiadania solidnego głosu. Na swojej nowej, już 11. solowej płycie łączy wszystko, czym wkurza albo zachwyca od lat. Bywa nieznośnie nadęty, bawi się swoim emploi, potrafi zachwycić orkiestrowym rozmachem swoich kompozycji albo zanudzić przesłodzonym popem. Wsparli go tu tacy mistrzowie jak Ed Sheeran, John Grant, Rufus Wainwright, Brandon Flowers z The Killers czy sama Helena Bonham-Carter. Imponujące wydawnictwo (16 utworów, gruba książeczka, dodatkowa płyta DVD) ma wzloty i upadki. Interesujące są "Party Like a Russian" z motywem z kompozycji Siergieja Prokofiewa (z genialnym teledyskiem) albo "Hotel Crazy" z dęciakami i wspomnianą Bonham-Carter. Nieznośne są z kolei banalny stadionowy hicior "Mixed Signals" czy balladowy wyciskacz łez "Marry Me".

Robbie Williams - "Heavy Entertainment Show";  Sony Music