Rzadko kto każe tak długo czekać na płytę. Ostatni prawdziwy krążek (wyłączam "Ca Irę") ukazał się 1992 roku. Ćwierć wieku od premiery "Amused To Death" fanom wypełniły spekulacje na temat powrotu Pink Floyd, wsłuchiwanie się w solowe dzieła Davida Gilmoura, krótka chwila entuzjazmu związana z powrotem zespołu w oryginalnym składzie na Live 8 i album hołd dla zmarłego klawiszowca supergrupy, Ricka Wrighta. Po "Endless River" znów zresztą zaczęły się spekulacje – czy Waters i Gilmour zagrają razem, nagrają nowy i ostatni rozdział w historii Pink Floyd. "The Final Cut" już było - zdaje się odpowiadać na tak formułowane pragnienia wydaniem albumu Waters. A przy okazji zaspokaja potrzebę posiadania nowej muzyki, która brzmi bardziej jak Pink Floyd niż wspomniany tu ostatni album zespołu, czyli "Endless River".

Są tu bowiem momenty, które utkane są tak, jakby były dziwnym trafem wyjęte z "The Wall". Są zaginionym ogiweem pomiędzy ostatnimi płytami nagranymi jeszcze z Pink Floyd, a tym, co Waters robił w latach dziewięćdziesiątych. W "Bird In A Gale" Waters bawi się podobnymi harmoniami, charakterystycznym echem, które nadawało koloryt "Ścianie". W pierwszym singlu "Smell the Roses" są tak wyraźne nawiązania do "Ciemnej Strony Księżyca" lub klimat z "Have A Cigar", że nie trzeba być specjalnym fanem grupy, by je natychmiast wychwycić. Wreszcie początek płyty to niemal znak wodny słynnej formacji.

Zaskakująco dobrze radzi sobie też Waters wciąż z tekstami. W czasach, w których najpopularniejsi twórcy do perfekcji opanowali instasmile, a pod wiecznie żywą modę na bunt próbują się łapać nawet tacy twórcy jak Depeche Mode, Waters, podobnie jak na przykład o dwa lata młodszy od niego Neil Young doskonale czuje puls wydarzeń na świecie. Pytanie tylko, czy kogoś z młodego pokolenia interesować będą kwestie poruszane w "Picture That", "Part Of Me Died" czy w tytułowym "Is This The Life We Really Want?" (brawa za dodatek do polskiego wydania, czyli świetne tłumaczenia Daniela Wyszogrodzkiego).

Całość brzmi, bo za sterami produkcji zasiadł Nigel Godrich, który dla wielu osób nieśmiertelność zyskał dzięki wkładowi w album wiekopomny, doskonały i genialny, czyli "OK Computer" Radiohead. Tak jak i tam, tak i tu nie ma pomyłek dźwiękowych – płyta zrealizowana jest tak, jakbyśmy tego od takich nazwisk oczekiwali. W szczególności tam, gdzie Godrich ma ucho najczulsze – czyli na styku urządzeń elektronicznych i gitar wręcz przyjemnością jest wsłuchiwanie się w wspólne dzieło. Posłuchajcie też początku nagrania tytułowego, a zaraz potem włączcie "OK Computer"...

A jednak to nie wystarcza, a krytyka albumu, czasem ta najbardziej wściekła i zajadła się pojawiła.

Młodzi twórcy, niezależni wydawcy płyt oraz organizatorzy koncertów poszukujących zespołów, Rogera Watersa i jego Pink Floyd nienawidzą pasjami. Wylewają w internecie wiadra hejtu, pomstując na to, jak to Piotr Kaczkowski z radiowej Trójki zrobił krzywdę Polakom prezentując co chwila Rogera "Stare Próchno" Watersa, a pomijając dziesiątki istotnych wykonawców z innych niż tylko klasyczny rock gatunków. Zbuntowani (lub pozujący na zbuntowanych) dziennikarze muzyczni klną na tak ukształtowany gust Polaków, mówiąc – nie bez cienia racji – że wolimy po raz kolejny słuchać tego samego kotleta i przeżywać kosmiczny orgazm wsłuchując się w wokalizę z "The Great Gig In The Sky" czy solówkę z "Comfortably Numb" niż zadać sobie trud sprawdzenia, czy gdzieś, w jakiejś nowej kapeli nie mamy starcia osobowości na miarę Gilmoura i Watersa.

Z drugiej strony – fani Floydów mówią – też nie bez cienia racji, że tak zrobionych płyt brakuje. I to nie tylko dlatego, że nikt nie nagra płyty w klimacie Floydów jak były Floyd. Chodzi o szacunek dla słuchacza na każdym etapie powstania dzieła, bez względu na to w jakiem gatunku powstał.

Kiedy ukazała się pierwsza płyta Pink Floyd po odejściu Watersa i przegranym procesie o nazwę, czyli "A Momenty Lapse Of Reason" Roger nazwał ja perfekcyjnym oszustwem. Mówił, że brzmi i wygląda jak płyta Pink Floyd, ale nią tak naprawdę nie jest. Wsłuchując się w "Is This The Life We Really Want?" wreszcie, bardziej niż na – skądinąd wielkim – "Amused To Death" wiemy, o co basiście chodziło. On ten pierwiastek prawdy, nieopisywalny, ale wyczuwalny klimat, sposób komponowania i produkcji, które sprawiły, że Pink Floyd, Roger Waters i przy okazji David Gilmour – są jednocześnie najbardziej kochanymi i znienawidzonym twórcami świata opanował do perfekcji.

Po wysłuchaniu tej, w mojej ocenie bardzo dobrej, płyty najgorszym, co może się stać, jest pozostanie przy niej na długie wieczory i nie dostrzeganie tego, co wokół. Is This The Life We Really Want?