Swoją drogą, „Black Album” miał być pożegnalnym krążkiem hiphopowego magnata, którego działalność wykracza daleko poza sferę muzyczną. I w dopełnieniu poprzedniego zdania kryje się też odpowiedź, dlaczego Shawn Carter nie zakończył jednak wówczas kariery. Kiedy w 2008 roku poślubił księżniczkę R&B Beyoncé Knowles, ich wspólny majątek szacowano na 367 milionów dolarów. W roku bieżącym dorobek pary przekroczył magiczną granicę miliarda. Pomogły w tym liczne biznesy, kontrakty reklamowe, ale znaczną część wciąż stanowią profity z kolejnych płyt („4:44” już pokryła się platyną) i tras koncertowych. Nie zabija się kury… - wiadomo. Ale nie da się również nie zauważyć, że wraz ze stanem konta wzrosła w ostatnich latach samoświadomość, dojrzałość artystyczna gwiazdorskiej pary. To musi imponować, jak by nas nie irytowała cała hajlajfowa otoczka wokół małżeństwa.

Nowy album Jaya bynajmniej nie przynosi tak doskonałego, nonkonformistycznego zwrotu akcji, jak zeszłoroczna „LemonadeBeyoncé. Nie skrzy też feerią gatunków - tam gdzie wokalistka przyrządzała koktajl z popu, soulu, trapu, bluesa, rocka, gospel, a nawet country, raper serwuje jednolite danie. Za longplay Beyoncé odpowiadało dziewiętnastu (!) producentów, za krążek Jaya - jeden, wzięty chicagowski spec No I.D., współpracujący już wcześniej z Carterem, jak i innymi głośnymi nazwiskami branży, jak Kanye West, Rihanna, Common, Nas, Drake, Vince Staples czy Alicia Keys. Założenie było jasne: żadnych udziwnionych eksperymentów, forma ma być podporządkowana treści, nie odwrotnie, producent ma robić za tło dla gwiazdy albumu, w żadnym razie jej nie przyćmić.

No I.D. przygotował zatem klasyczne nowojorskie bity, sięgając po niewymyślne sample ze starych piosenek Niny Simone, Steviego Wondera, Donny’ego Hathawaya, Fugees czy The Alan Parsons Project. Efekt jest zupełnie przyzwoity, tyle tylko że Jay siłą rzeczy nie nawija już z ożywczą młodzieńczą świeżością, jak choćby podobnie hołubiący kanoniczne rozwiązania Joey Bada$$, toteż całość bardziej niż świadomy zwrot ku złotej erze przypomina jednak „muzykę ilustracyjną pod rap”. Ze schematu producent wyłamuje się raz - zapętlając w utworze „Marcy Me” ścieżkę wokalną z psychodelicznej ballady „Todo O Mundo E Ninguém” portugalskiej grupy rockowej Quarteto 1111

Muzycznie wygląda to więc trochę tak, jakby Jay usilnie chciał podkreślić, że spowiedź - a raper rzeczywiście wyznaje tu tyle grzechów, jak nigdy wcześniej - nie potrzebuje fajerwerków. I po części tak właśnie jest, choć zarazem trudno powiedzieć, ile w tym introwertycznym projekcie autentycznej, brutalnej szczerości, a ile rapowego reality show, skleconego na zimno ze zdrady, przebaczenia, poronienia, rodzicielstwa, postrzelenia własnego brata, coming outu matki-lesbijki i innych „efektownych” tematów.

A jednak płyta wychodzi poza operę mydlaną. Już sam koncept jest interesujący - w otwierającym „Kill Jay Z” raper symbolicznie uśmierca swoje ego, kładąc podwaliny pod uczciwy, otwarty dialog (zarówno ze słuchaczem, ze zranioną małżonką, jak i z samym sobą) w pozostałych dziewięciu kawałkach składających się na album. Całe to kajanie się, zwierzenia z głębi trzewi, oddanie miejsca żonie, matce i córce (głosy wszystkich trzech są wsamplowane w poszczególne utwory) potrafią zrobić duże wrażenie, choć mimo wszystko narcystycznej osobowości nie udaje się Carterowi tak do końca wymazać. Przebija ona nie tylko w tych fragmentach, gdy multimilioner chełpi się swoim imperium, ale także wtedy, kiedy robi z siebie ofiarę „systemu”, jak na przykład w „Family Feud”, gdzie cytat z Michaela Corleone’a z „Ojca chrzestnego II” służy za metaforę braku pozytywnych męskich wzorców w dzieciństwie - co ma być usprawiedliwieniem późniejszych zdrad. Niezależnie od intencji, brzmi to po prostu jak tania wymówka, nie da się ukryć - choć nie da się też odmówić raperowi zmysłu obserwacji, gdy kilka wersów później przechodzi z poziomu prywatnego na uniwersalny, celnie punktując Ala Sharptona (kontrowersyjny pastor baptystyczny i działacz społeczny - przyp. aut.) „robiącego sobie selfie w lustrze” oraz Billa Cosby’ego, jako żadne autorytety.

Bo i „4:44” - identycznie jak „Lemonade” - jest tyleż osobistą historią, ile kolejnym odcinkiem sagi o doświadczeniach Afroamerykanów. Znakomicie temat tożsamości podejmuje „The Story of O.J.”, gdzie onomatopeiczny refren sugestywnie podkreśla płynącą ze zwrotek gorzką konstatację, że niezależnie od stopnia zniewolenia, statusu społecznego, odcienia skóry i innych przymiotów, w oczach opinii publicznej „czarnuch” pozostaje „czarnuchem”. „Utknęliśmy w La La Landzie; przegrywamy nawet wtedy, gdy wygrywamy” - to już wersy z kapitalnego „Moonlight”, gdzie Jay błyskotliwie nawiązuje do sytuacji z ostatniej gali rozdania Oscarów, kiedy to afera z pomyleniem kopert przyćmiła medialnie chwilę triumfu niezależnego afroamerykańskiego dramatu nad „białym” hollywoodzkim musicalem.

Ale nie jest też tak, że źródła wszelkich niepowodzeń - własnych i swojej społeczności - raper upatruje wyłącznie „na zewnątrz”, w zinstytucjonalizowanym rasizmie, w nieprzychylności „innych”, białych et cetera. Nie - stać go także na samokrytykę, przytyki w kierunku „swoich”. „Nie przetracać fortuny w klubach ze striptizem, tylko brać kredyty i inwestować, jak Żydzi, którzy w ten sposób zawładnęli własnością w całej Ameryce”, radzi w „The Story of O.J.”, sięgając po antysemicki stereotyp, choć prawdopodobnie w dobrej wierze, ku pochwale zaradności, do którego to wątku powróci jeszcze w kończącym płytę „Legacy”, utopijnym testamencie skierowanym bezpośrednio do córki, a pośrednio - do całej czarnej społeczności.

I tak to właśnie jest - ambiwalentne odczucia towarzyszą nam przez całą płytę, definiują zarówno jej warstwę muzyczną, jak i liryczną. Ale w sumie co to za sztuka, która nie drażni?