Wiem, sprawa to delikatna i nie ma nic gorszego niż nadepnięcie na odcisk fanom Pink Floyd. Ale trzeba na początku powiedzieć jasno: wydawnictwa takie jak te służą wyciągnięciu od nas jak największej kasy, która pozwoli muzykom w spokoju spędzać swe ostatnie dni na zasłużonej emeryturze. Na płycie nie dostaniemy niemal nic nowego.

By być uczciwym - tego typu skoki na kasę dzielą się na dwa przypadki. Pierwszy to nieeleganckie odcinanie kuponów, podyktowane koniecznością wypełniania kontraktu i wydawaniem czegoś, co fani już maja i znają (np. mega boks w nowym opakowaniu).

Drugi to podejście eleganckie – można by rzec: z klasą i w białych rękawiczkach. I tak Guns ‘N Roses grali trzygodzinny spektakl w Gdańsku mimo że mogli się zadowolić 1h30 min, a David Gilmour postanowił zmonetyzować sentymenty swych fanów i powrócić w miejsce już znane. Na początku lat siedemdziesiątych Pink Floyd nagrało tu słynny koncert-film, który przeszedł do historii. Wiadomo więc, że zainteresowanie projektem będzie naturalne i fani z ciekawości będą chcieli porównać, podyskutować i przynajmniej raz posłuchać.

Nie ma jednak czego porównywać. Film sprzed lat był dziełem intrygującym i tajemniczym, wciągał, przyciągał i nakazywał do siebie powracać. Natomiast dzieło Gilmoura jest – zrobionym z ogromnym szacunkiem dla fanów – zestawem bardziej i mniej znanych melodii. Są tu nagrania solowe, przyciągające ucho delikatnymi zmianami aranżacji, są i wielkie klasyki floydowskie, w których Gilmour gmerać za bardzo nie chciał, ale musiał. Czasem wychodzi to nagraniom na dobre, bo wykorzystanie przestrzeni w „What Do You Want From Me” było zagraniem mistrzowskim. W innych przypadkach, jak m.in. w „The Great Gig In The Sky” boli, bo pamiętna wokaliza z „Ciemnej Strony Księżyca” powinna mieć siłę jednego potężnego głosu, a nie chóru (mimo, że nagranie miało miejsce w starożytnym amfiteatrze).

Nie można jednak wygłosić komunikatu do fanów: nie kupuj, bo to strata pieniędzy. Co więcej – jeśli ktoś nie miał w swej kolekcji żadnej muzyki z oklaskami spod znaku Floydów czy Gilmoura może mieć autentyczne poczucie szczęścia. Są tu bowiem momenty magiczne, jak „Whish You Were Here” czy „Comfortably Numb”, które tylko David Gilmour grać powinien.
Spodziewam się, że wydawnictwo będzie hitem prezentowym w zbliżającym się sezonie gwiazdkowo-mikołajkowe w pokoleniu 40 +. Doskonale wygląda odtwarzane na ekranie, doskonale wygląda na półce, doskonale wygląda pokazane na Facebooku i Instagramie.

Osoby o mniej szpanerskim usposobieniu mogą się jednak spokojnie zadowolić odsłuchem ze streamingu.