Z Pink od lat jest tak, że zawsze ktoś za nią wskakuje na tron i mówi, że jest największą gwiazdą muzyki pop. A przecież na każdej płycie artystka serwuje nam przeboje, które nie tylko są hitami sezonu, ale zostają i przypominane są częściej, niż tych, którym wydaje się, że są królami.

Kiedy zaczynała chowano ją za parą Spears – Aguilera, mówiąc o zdolnej wokalistce pop, która być może coś osiągnie. Ci, którzy interesowali się nie tym, jak ktoś wygląda, nie tym, co, gdzie z kim i ile razy zwracali uwagę na niezwykłą skalę głosu, na poszukiwania, a co ważniejsze – na odnajdywanie w świecie muzyki pop nowych elementów.

Pink w przeciwieństwie do innych gwiazd nie musiała się odnajdywać – kiedy wydawał płyty rozmawiano o kolejnych przebojach, które na albumach tych były zawierane, za każdym razem wprowadzając co najmniej kilka melodii, które śpiewano na całym świecie i które nie znikały wraz z wrzuceniem na półki wyprzedaży składanek podsumowujących dany rok.

Nie jest to proste, bo kategoria, w której siłuje się Pink jest najbardziej ulotna – kategoria piosenki radiowej wymaga ciągłego odświeżania o coraz to nowsze rytmy, a na półkę ze złotymi przebojami trafia się coraz ciężej, a zamiast jakości muzycznej często decyduje o tym sentyment połączonych z przypadkiem.

Minęło siedemnaście lat od debiutu, a sama Pink w formie, której niejedna rówieśniczka może jej pozazdrościć dochodzi do 40stki. I w tym momencie serwuje album „Beautiful Trauma”, który wydaje się być najbardziej przebojowym, a zarazem najbardziej przemyślanym albumem w jej dorobku.

Podoba się tu wiele rzeczy – nagrany z EminememRevenge” (Pink ponoć odważyła się zaprosić rapera będąc w jednym z pierwszych dwóch stadiów choroby filipińskiej). Od razu wchodzi w głowę otwierający album utwór tytułowy.

Tym, co najbardziej urzeka, znakiem wodnym Pink jest połączenie stosunkowo prostych rytmów z siłą dobrze poprowadzonego głosu. To sprawia, że „Whatever You Want” będziecie śpiewać na długo po wyłączeniu albumu. Podobnie jest już zapewne z „What About Us”. To właśnie przecież doskonały głos połączony z umiejętnym dawkowanie ekspresji, czyli dostosowaniem poziomu emocji do przekazu sprawiało, że nagrania Whitney Houston czy George Michaela trafiały na szczyty list przebojów. Przy Pink nie mamy wrażenia, że dziś wieczorem muzyka wydaje się taka głośna – regularnie będziecie wsłuchiwać się w to, że tworząc stosunkowo proste melodie, jak np. „But We Lost It”, szanuje się ucho słuchacze produkując ballady tak, jak to powinno się robić.

Wrażenie to narasta, gdy dochodzimy do „Barbies”, kiedy pokazane jest jak prowadzić dialog wokalistki z gitarą akustyczną i dobrze zaaranżowanymi smyczkami. Produkcja jest tym, co dźwiga płytę. Te same melodie zarejestrowane bez tak dopracowanych pomysłów byłyby tym, co obserwujemy na płytach wielu polskich wokalistek – rozpaczliwą próbą walenia głową w mur połączoną później z pytaniami „co mogło pójść nie tak” i „dlaczego ja nie miałam tego szczęścia, co dziewczyny na zachodzie”. Jeśli chcesz być na szczycie musisz zdać sobie sprawę, że są rzeczy, na których się nie oszczędza. Jaki można dzięki temu osiągnąć efekt usłyszeć można w inteligentnie zaplanowanym i podkręconym do granicy przyswajalności utworze „Secrets”.

Muzyka lekka, łatwa i przyjemna będzie powstawać i będzie wypełniać nasze życie atakując nas w taksówkach, sklepach i na wakacyjnych promenadach. Jak dla mnie Pink może być tą wokalistką, która będzie tam prezentowana bardzo często.

Pink - "Beautiful Trauma"; Sony Music 2017; Ocena: 7/10