Przeszłość podsumujmy krótko: Ania była mistrzynią retro, big-beatu, cudownie grała rzeczy w klimatach Led Zeppelin czy Jefferson Airplane. Jeśli ktoś chce się przekonać, jaką siłę miała na żywo, niech zobaczy materiał z Przystanku Woodstock, który klimat prawdziwego Woodstock oddaje najlepiej z wszystkich, które WOŚP wydał na DVD.

Problemem Ani było w Polsce to, że była traktowana jak przedstawicielka Indian z rezerwatu. Niestety - Bycie ciekawostką przyrodniczą nie pozwala, by do twórczości przywiązywać się w sposób lojalny. Widać to było w szczególności w podejściu do Ani przez dużą część dziennikarzy (nie do końca muzycznych), którzy dla wspomnień czaru męczyli o przeszłość, zamiast zwrócić uwagę na ładunek emocjonalny. A tego Ani Rusowicz nigdy nie brakowało.

Pojawienie się niXes owiane było atmosferą tajemnicy. Przedstawiciele wytwórni wysyłali tajemnicze komunikaty: posłuchaj, ale nie powiem ci kto to. Gdy zebrali wystarczająco dużo entuzjastycznych głosów zaczęli ujawniać, kto stoi za.

Najczęściej pojawiającym się skojarzeniem jest Tame Impala. I słusznie – klimat muzyki bez wątpienia przywodzi na myśl dokonania australijskiej formacji zarówno na poziomie sposobu komponowania, jak i wykonywania. Ale bez cienia złośliwości powiedzmy: to, co robi Tame Impala, i to co mamy na płycie NIxes to nihil novi. Co nie zmienia faktu, że płyta „Nixes” jest najzwyczajniej niezwykle udana.

Kiedy słyszymy w Polsce termin „rock psychodeliczny”, wychowanie na Trójce nakazuje natychmiast kojarzyć rzeczy zbliżone do nieszczęsnych Pink Floyd w Pompejach. Natomiast omijane szerokim łukiem są proste, piosenkowe formy, które w ukochane przez Rusowicz lato miłości były ścieżką dźwiękową życia milionów hippisów.

Będę mocno trzymał kciuki za to, by muzyka niXes się przyjęła. Nie tylko dlatego, że mamy u nas ogromny problem z przyswajaniem nowych (?) form muzycznych i wszystkiego, co wykracza poza znajome konstrukcje z radiowego poprocka.

Przede wszystkim będę zaś trzymał kciuki dlatego, że płyta zawiera siedem co najmniej bardzo dobrych i trzy dobre nagrania. Na Polskę to wynik doskonały. Urzekają klimaty nostalgicznego rozmarzenia z „Circles”, który został wysłany w świat jako forpoczta fonogramu. Zaraz potem na płycie słyszymy mego faworyta „In the Middle of The Rainbow” – tu najlepiej słychać, jak duży twórczy pomost pomiędzy współczesnością, a przeszłością został wykonany. I jak niedaleko ucieka Ania – z pozoru to ucieczka do przodu, w stronę brzmień, które przez hipsteriadę oceniane są jako nowoczesne, a które tak naprawdę są hołdem wobec przeszłości. „Po środku tęczy” – czy trzeba coś bardziej wyrazistego dla pokolenia nowych dzieci-kwiatów?

Słuchając albumu ciężko nie mieć tez jeszcze innych skojarzeń. Ostatnio dzięki wytwórni Gad Records docieramy na nowo do skarbów polskiej elektroniki, jazzu i soulu. Płytę niXes na półce będziemy mogli postawić stosunkowo niedaleko od tych wydawnictw. Bo najbardziej w „Paper Plane”, ale także w „Summer Waves”, „Missing at sea” czy „Happy Pills” słychać nie tylko brzmienia, które popularne były na festiwalu w Monterrey czy grane przed półwieczem w rozgłośniach radiowych San Francisco. To także ukłon stronę brzmień, które trochę później grane były w polskich klubach – w Warszawie i Trójmieście.

Sporo rzeczy będziemy powtarzać pod nosem przez długie dni. „Exorcisms” oparty jest na podobnym patencie jak słynne „Rebel RebelDavida Bowie (nagranie z 1974 roku), powtarzamy niemal natychmiast wspomniane już „Happy Pills”, „In the Middle of the Rainbow”.

Grając koncerty Ania będzie mogła spokojnie żonglować pomiędzy nagraniami nagranymi wcześniej i teraz. I nie zdziwię się, kiedy na finał takiej uczy znów zagra „Somebody To Love”, z pasją, której oprócz niej nie ma nikt.

Nixes „Nixes” Wydawnictwo Agora 2017; ocena 8/10