Kiedy w powietrzu unosi się zapach dziesiątków milionów dolarów, ciężko traktować niepoważnie kogoś, kto tak dużą część show biznesu potrafi poruszyć. Maszynka o nazwie Maroon 5 przejawia bardzo duże oznaki przepracowania. I kto wie, czy po tej płycie zamiast odliczania kolejnych stert banknotów, nie będzie konieczna dłuższa przerwa w jej eksploatacji.

Nastolatkom zapewne ciężko będzie w to uwierzyć, ale to była niegdyś świetna rockowa kapela. Zapraszana na najlepsze festiwale, bujająca tłumy, śpiewająca nawet „Highway To Hell”. Ale z wokalistą tej grupy było tak, jak w polskim szlagierze kabaretowym - „uwielbiały go kobiety, bo przystojny on był niestety”. Adam Levine bardzo szybko zszedł na drogę celebrycką, uśmiechał się do magazynów i reklamodawców. To z kolei wymuszało złagodzenie języka wypowiedzi. Początkowo nie szło najgorzej, bo przecież „Move Like Jagger” było hitem większym niż nawet „This Love”, od którego wszystko, co dobre dla grupy się zaczęło.

To, co się działo później, ciężko jednak zrozumieć. Maroon 5 nie tylko zmienił kategorię wagową – można nawet odnieść wrażenie, że zaczął startować w innym sporcie. Po tytule „Red Pill Blues” można spodziewać się było powrotu do rockowych korzeni. Nic z tego – jedynym przejawem miłości do tej stylistyki jest to, że muzycy czasem jeszcze noszą dżinsy, ale nawet te wybierają z półki, którą polecają kolorowe magazyny. To, jak i zmianę stylistyki można jeszcze znieść – każdy ma w końcu prawo do poszukiwań - dobrze jednak byłoby w ich trakcie cokolwiek znaleźć. Maroon 5 błądzi tu jak pijany we mgle.

Szokujące jest, jak bardzo zespół zbliżył się do stylistyki, w której dobrze czuje się np. Rihanna. To, co wokalistce Barbadosu wychodzi z wdziękiem, w przypadku Levine’a wygląda i brzmi żenująco. Próba zabaw głosem i podrywania rytmu onomatopeicznymi jękami w „Wait” męczy, a po przesłuchaniu pozostawia człowieka wyzutego z jakichkolwiek uczuć poza wstrętem. Nie zdziwię się, jeśli dowiemy się, że jakieś służby specjalne wykorzystywać będą to nagranie to tortur, próbując wymusić powtarzaniem tej kompozycji (wśród autorów widzimy aż cztery nazwiska – nad czym oni się aż tak męczyli?) zeznania na wagę bezpieczeństwa kraju.

W innym nagraniu – „Bet My Heart” Levine próbuje brzmieć prawie jak Drake z słynnego „Hotline Billing”, ale prawie i tu robi różnicę. Albumu nie ratują też goście – zarówno A$AP Rocky, jak i SZA nie powinni z dumą wpisywać tych kolaboracji do portfolio – już dziś widać, że takie „What Lovers Do” hitem na miarę nagrań sprzed lat nie będzie.

Jedyną prawdziwie przebojową kompozycją jest otwierające płytę „Best 4 U” – ale to nagranie najbardziej przypominające Maroon 5 sprzed kilku lat. Reszta utworów tworzona jest zapewne z przeświadczeniem, że co Levine nie dogra czy nie dośpiewa, to dowygląda. I zapewne w świecie, w którym jego wygląd jest komentowany onomatopejami, część nagrań opartych na powtarzaniu jęków zostanie zrozumiana. Jeśli takie było zamierzenie, to chapeau bas za mistrzowskie dotarcie do grupy docelowej. Dodatkowo do kompozycji jest dobrany najbardziej lekki niedrażniący rytm zrobiony na nieznośnie miękkim, lekkim beacie. Nie ma nic bardziej odrażającego…

Gdy nie chce się nikogo skrzywdzić, nikomu podpaść, zostaje się kimś zupełnie marnym, miernym i przeciętnym. W chęci pokazywana uśmiechu Maroon 5 przekroczył wszystkie granice – pytanie tylko, czy parę starych hitów i przystojny wokalista wystarczą, by maszynka warta miliony dalej pracowała wydajnie. Być może po tym krążku potrzebna będzie przerwa na otrzeźwienie, odwyk od świata celebrytów i powrót do szkoły układania ładnych melodii.

I do tego ta okładka...

Maroon 5 "Red Pill Blues"; Universal. ocena 2/10