Trzeba sobie jednak pomarudzić na początek, że za czasów zespołu Myslovitz słyszeliśmy nowe nagrania z głosem Artura Rojka znacznie częściej. Po spektakularnym uderzeniu, jakim było wydanie w 2014 roku albumu „Składam się z ciągłych powtórzeń” apetyty były ogromne. „Syreny’ i „Beksa” na stałe weszły na listę największych polskich nagrań. W szczególności to ostatnie poruszyło wielu twórców – takie twardziel z pozoru jak Maciej Wasio z OCN przyznał, że tekst wstrząsnął nim tak, że pozwolił na zmianę stylistyki jego własnych tekstów i większą odwagę w opisywaniu własnych, jak najbardziej męskich uczuć.

To co poruszało w solowym debiucie Rojka była ekspresja i emocjonalność. Zaskakującym może być dla odbiorców fakt, że wykonania koncertowe emocji w sobie mają jeszcze więcej. Słychać to zarówno w szlagierach, które zna już dziś każdy, ale i w nagraniach mniej znanych szerokiej publiczności, jak „Dla taty” z repertuaru supergrupy Lenny Valentino.

O tym, że Rojek jest artystą dla wrażliwych przekonają nas ponownie nowe wersje nagrań z repertuaru zespołu Myslovitz – „Chciałbym umrzeć z miłości” oraz „Długość dźwięku samotności”. Trzeba być pozbawionym uczuć, by ascetyczna wersja pierwszego z tych nagrań nie robiła ogromnego wrażenia. Drugie z nagrań zaskakuje sposobem podania i wejścia w utwór.

Piękne aranżacje trafiają na miejsce o cudownej akustyce. Co pozwala przyjmować muzykę lepiej – publiczność jest wyjątkowo zdyscyplinowana: klaszcze i krzyczy z entuzjazmu pomiędzy nagraniami. Choć oczywiście „iiiiii nawet kiedy będę saaaaaaaaaam” śpiewane jest chóralnie.

Płyta będzie fantastyczną pamiątką dla tych, którzy na koncercie byli, niespodzianką dla przywiązanych do albumowych wersji fanów oraz niezwykle przyjemnym towarzyszem wieczoru. Ale powiedzmy sobie wprost – teraz czekamy na nowe dzieła.

Artur Rojek „Koncert w NOSPR”; Kayax 7/10