To były czasy, kiedy częścią zespołu był Cliff Burton, nazywany najbardziej szalonym basistą w historii metalu. Są tacy, którzy twierdzą, że element szaleństwa, poszukiwania i otwartości skończył się w Metallice w momencie jego tragicznej śmierci 27 września 1986 roku. Muzyk zmarł w wypadku autobusu, którym podróżowała grupa po Szwecji – zespół, który kilka miesięcy wcześniej wydał "Master Of Puppets", triumfalnie objeżdżał świat prezentując dzieło, które dla wielu stało się pomnikiem i najlepszym osiągnięciem gatunku nazywanego thrash metalem.

Fanom, których niegdysiejsze pióra zamieniły się w łysiny, a skóry wytarły się na setkach koncertów przypominać tego nie trzeba, ale Metallica była wraz z innymi amerykańskimi formacjami: Anthrax, Megadeth i Slayer tworzyła tak zwaną wielką czwórkę. Zespoły zmieniały świat, ale i mocno rywalizowały. Oczywiście miarą sukcesu była liczba sprzedanych płyt, ale bardziej liczył się niezapisany kodeks – ważniejsze było uznanie fanów, a wiarygodność była tak kluczowym pojęciem, jak później przez długie lata w środowisku hiphopowym.

Początki sceny sięgały pierwszych z lat osiemdziesiątych, kiedy to – mniej więcej w tym samym czasie – formacje powstały. Zespoły wychodził z klubów do hal, a z hal do stadionów. Zaledwie po kilku latach wiadomym było, że w kontrze do wszechobecnego popu i schematycznego rocka powstaje ju nie tylko moda, ale silny prąd. Tak silny, że wpływy jego słychać do dziś – choć paradoksem jest to, że mimo olbrzymiej popularności i milionów sprzedanych płyt, po krótkim wystrzale do mainstreamu na początku lat 90tych thrash powrócił tam, gdzie jego miejsce. Czyli do niszy.

Wracając do Metalliki: w marcu 1986 roku zespół wyprowadził cios, który dla wielu był nokautem. Album zbierał doskonałe recenzje – do dziś sprzedał się w samych tylko Stanach Zjednoczonych w nakładzie ponad sześciu milionów egzemplarzy, a liczba ta ciągle rośnie.

Czy warto sięgnąć po zremasterowaną wersję płyty? I czy delikatne szumy starej wersji z tytułowego „Master Of Puppets”, „The Thing That Should Not Be” nie tworzyły niepowtarzalnego klimatu? Czy wreszcie wycyzelowany cyfrowo instrumentalny „Orion” nie traci nic ze swej magii?

Jestem wrogiem powracania do tych samych płyt, filmów i książek – życie jest za krótkie, a zdobycze kultury zbyt wielkie, by bawić się w sentymenty. Jednak nie można odmówić „Mistrzowi Marionetek”, że brzmi tak, jak powinien od początku. „Orion”, o którego drżeli szalikowcy formacji zyskuje nową, niezwykłą przestrzeń, początek „Battery” uderza z jeszcze większą siłą, a chóralne „Master” zagrane głośno ze sprzętu dobrej jakości sprawia, że na skórze pojawia się przyjemny, atawistyczny dreszczyk emocji.

Skarby znajdują się natomiast na wersjach rozszerzonych. Wersje z występów z czasów, kiedy Metallica uchodziła za najlepszy zespół koncertowy świata. Poza tym fani otrzymują rarytasy totalne, jak notatki dźwiękowe z notatnika riffów, a to coś więcej niż tylko ciekawostka dla muzyków.

Jeśli posiadać więc „Master Of Puppets” to tylko w tej wersji. A jeśli zespoły mają odcinać kupony od własnej sławy, to tylko w taki sposób.

Są to brawa.

Metallica "Master Of Puppets" ; Universal Music Polska; ocena 10/10