Czas leci tak szybko, że ani się obejrzeliśmy, a od debiutu formacji minęło już 13 lat, a nowy album jest już szóstą propozycją w dyskografii. „Violence” jest wyzwaniem – kiedy wchodzi się na scenę z przytupem urokiem nowości porywa się za sobą tysiące fanów. Dojrzewanie – i muzyków i ich zwolenników – sprawia, że artysta staje przed dylematem: proponować coś nowego, narażając się na stare jak show-biznes zarzuty o zdradę, czy też na spokojnie robić swoje, słysząc inne docinki, z których zjadanie własnego ogona jest najdelikatniejszym.

Editors postanowili co album ewoluować ze swym stylem. Kiedy zaczynali, pamiętne „Smokers Outside The Hospital Doors” kazało zastanawiać się, czy przypadkiem nie za dużo tu podobieństw do Joy Division. Dziś Editors operują własną stylistyką, a rock wydaje się dostosowany do potrzeb naszych czasów – więcej tu klawiszy niż riffów gitarowych. Sekcja rytmiczna operuje rozwiązaniami zbliżonymi do sceny tanecznej – czego przykładem jest choćby nagranie tytułowe. Co ciekawe to rozwiązanie zastosowane na potrzeby płyty – na koncertach zespół znów przypomina, że ich popularność zbudowana została gitarowymi wiosłami.

Formacja z Birmingham podobnie jak na dwóch poprzednich płytach stara się natomiast balansować pomiędzy klimatem a przebojowością. Ta druga w nadmiarze pozwala przykuwać w uwagę w czasach „mam dla ciebie 10 sekund”, ale sprawia, że zaskakująco szybko o takich brzmieniach zapominamy. Dlatego na „Violence” dużo mamy charakternych wejść, brzmień, które wyrobione ucho na początku nagrań nawet trochę przestraszą. Potem jednak Editors pokazują, że do naszych emocji będą próbowali się dostać nieco mniej łopatologicznie, poruszając struny naszej wyobraźni. Posłuchajcie „Darkness at the Door”, posłuchajcie „Hallelujah (So Slow)” – to najlepsza wizytówka tego, jak w 2018 roku brzmi Editors.

Nie jest to najlepsza płyta w historii, nawet tego zespołu. Ale 43 minuty jemu poświęcone na pewno nie są czasem zmarnowanym.

Editors "Violence" 7/10; [PIAS]