Rok 2017 był kolejnym okresem triumfu dla gatunku, ale nie przyniósł jednak płyt, które z czasem można by było określić mianem ponadczasowych, kandydatów na klasyka. Owszem - Paluch albumem "Złota Owca" znów rozbił bank, rozmach promocyjno-produkcyjny "Egzotyki" Quebonafide budzi wielki szacunek, świetne longplaye przygotowali Dwa Sławy, Kaz Bałagane czy W.E.N.A. - wszystko zgoda. Ale szukając pierwiastka, który dawałby tym wydawnictwom miano rzeczywiście unikalnych, wyjątkowych i ponadczasowych na płaszczyźnie muzycznej, natrafimy na próżnię.

To czego zabrakło w ubiegłym roku, 2018 może zmienić jednego dnia. Co znamienne, w obu przypadkach za sprawą wyjadaczy hiphopowej sceny, chociaż z jakże innym dorobkiem oraz stażem na niej. A precyzując, stażem w przypadku duetu Pro8l3m odnosi się do tego konkretnego bytu, bo przecież ani producent Steez ani rapujący Oskar nie pojawili się na niej w chwili debiutu formacji. Czyżby było więc tak, że młodzi-gniewni, uprawiający nowoczesny rap ewidentnie inspirowany amerykańską sceną, to jedno, a do kandydatów na klasyków potrzeba nam jednak wieloletniego doświadczenia? - Nie stawiałbym tak tej sprawy. My przede wszystkim nie oglądamy się na innych i nie czujemy wielkiej potrzeby oceniania ich pracy. Robimy swoje i czujemy, że rzeczywiście jesteśmy teraz w dobrej formie - zaznacza Steez.

Skoro zacząłem właśnie od Pro8l3mu, to wątek ich wydawnictwa teraz pociągnę. Duet wrócił do struktury, która tak mocno wypaliła w 2014 roku, czyli pełnowymiarowego mikstejpu opartego o konkretne brzmienie. W tamtym przypadku - "Art Brut Mixtape" - były to sample z polskiej muzyki z lat 80. Na "Ground Zero Mixtape” źródłem była muzyka elektroniczna lat 90., w szczególności ta zakorzeniona na Wyspach Brytyjskich. To w polskim hip-hopie źródło wykorzystywane bardzo rzadko. A już na pewno ani razu wcześniej w tak obszernej formie. - Co dla mnie osobiście wydawało się dość dziwne, ponieważ to właśnie te klimaty są nam znacznie bliższe, aniżeli funk czy soul. Umówmy się - w Polsce nie mamy jeśli chodzi o takie brzmienia wielkich tradycji. Jazz to inna sprawa, ale on został już przeczesany na tysiące sposobów. Z jednej strony więc było to dla mnie pewne wyzwanie, ale i bardzo wdzięczna praca, bo mogłem czerpać z motywów u nas praktycznie niewykorzystanych - przekonuje producent. I trzeba jasno powiedzieć, że ze swojego zadania Steez wywiązał się fantastycznie. Materiał jest dynamiczny, bardzo przestrzenny, a do tego rwany, chropowaty. Jest w nim sporo agresywnych momentów, ale i takich, gdy muzyka zbliża się niebezpiecznie do rejonów określanych niekiedy “disco na speedzie”. Na szczęście lata doświadczeń oraz ogromne wyczucie, jakie ma producent, pozwala tej granicy nie przekroczyć.

Jest hałaśliwie, ale słuchacz nie czuje się zmęczony, ponieważ to warstwa muzyczna, która mogłaby równie dobrze być ścieżką dźwiękową jakiegoś filmu gangsterskiego zakorzenionego w Londynie lat 90. Na przykład z Goldie’em w roli głównej. A do takiego obrazu jak ulał pasują teksty Oskara, który chyba szczególnie odetchnął po dokonaniu wyboru klimatu “Ground Zero Mixtape”. Można było odnieść bowiem wrażenie, że futurystyczna koncepcja znana z longplaya “PRO8L3M” i zeszłorocznej EP-ki “Hack3d By GH05T 2.0” zaczęła go lekko ograniczać. Oskar znów najbardziej imponuje w storytellingach, takich jak quasi-pornograficzne “Na audiencji”, opisujące relacje damsko-męskie “Lody włoskie” czy niezwykle plastycznym, idealnie oddającym klimaty życia nocnego na krawędzi “V8”. Wydaje się jednak, że wymienianie pojedynczych utworów jest tutaj krzywdzące, bo tak jak w przypadku wspomnianego wcześniej “Art Brut Mixtape” istotna jest całość, którą spinają krótkie skity telefoniczne ze Steezem w roli nawijacza.

O tym, jak mocno słuchaczy poruszyły singlowe zapowiedzi i jaką pozycję na scenie ma Pro8l3m najlepiej świadczy fakt sprzedania w preorderze 8 tysięcy sztuk w niespełna dobę. To oznacza, że zanim “Ground Zero Mixtape” trafi do regularnej sprzedaży, będzie już w połowie Złotą Płytą. Steez zaznacza jednak, że zespół nie miał potrzeby specjalnego śrubowania tego licznika. - Może i moglibyśmy ich wrzucić więcej, ale ustaliliśmy te 8 tys. i fajnie, że tak szybko poszło. Zdradzę ci jednak, iż to dopiero początek. Nie marnujemy czasu, nie siadamy na laurach, tylko zaczynamy już następny materiał. Nie dam sobie za to uciąć ręki, ale spróbujemy jeszcze w 2018 r. wydać regularny longplay - kończy producent.

Pro8l3m - "Ground Zero Mixtape"; RHW Records

Równie intrygującym, dopracowanym do cna wydawnictwem jest siódma solówka w karierze Tego Typa Mesa, czyli bezapelacyjnie jednego z najważniejszych artystów na scenie polskiego hip-hopu. Płyta “Rapersampler” to dla niego pozycja naprawdę wyjątkowa, bo pierwsza, na której znajdziemy tylko i wyłącznie jego bity. Oczywiście nie zabrakło dogrywek żywych instrumentów, co od zawsze charakteryzowało jego twórczość, ale po raz pierwszy nad wszystkim producencko czuwał od A do Ż współzałożyciel oficyny Alkopoligamia. A co było zapalnikiem pod ten rapowy granat? - Wszystko zaczęło się od wizyty w sklepie muzycznym na Mokotowie, gdzie przyszedłem po wymarzony sampler. Okazało się, że nie tylko jest na stanie, ale że mogę na zapleczu tego sklepu spróbować czym to się je. Po zakupie samplera nastąpiło szkolenie z youtube’a. Gdy tylko poznałem możliwości tego sprzętu, zaprzyjaźniłem z nim, to byłem szczęśliwy jak dziecko - powiedział nam artysta.

Największym zarzutem, jaki środowisko hiphopowe od pewnego czasu miało do autora “Rapersampler” było to, że zanadto skupia się on na eksperymentowaniu, wychodzeniu z rapowego poletka w stopniu aż przesadnym. W przypadku nowej płyty takich zarzutów nie będzie. To chyba najbardziej klasyczny materiał Mesa od longplaya “Zamach na przeciętność” z 2009 roku. - W pełni zgadzam się z takim stwierdzeniem. “Ała” to był kompozycyjnie najtrudniejszy, najbardziej rozbudowany materiał mojego autorstwa. Chodziłem na lekcje śpiewu, interesowała mnie niehiphopowa forma pisania i nagrywania piosenki. Teraz postanowiłem zdobyte wtedy umiejętności wdrożyć do prostej, rapowej formy. Sprawiło mi to przyjemność, bo po tym, gdy poprzednio mierzyłem się na muzycznym ringu wagi ciężkiej, to teraz było to coś pokroju walki z jakimś chucherkiem. Czysta frajda - obrazowo przedstawia Ten Typ.

Ucieszą się również ci, którzy w tekstach artysty najbardziej lubili wycieczki sentymentalne, błyskotliwe spostrzeżenia dotyczące życia społecznego czy też stanu współczesnej popkultury. Warstwa liryczna aż kipi od emocji, refleksji, a najlepszą ilustracją tego jest już pierwszy numer na krążku, a zarazem jeden z singli “Odporność”. I tutaj też można odnaleźć analogię z “Kandydaci na szaleńców”, który rozpoczynał równie emocjonalny, wrzynający się pod skórę kawałek “Otwarcie”. Bardzo typowa dla Mesa “Moda na palenie sziszy” to kolejny obowiązkowy punkt programu - są szpileczki, dwuznaczności, pewność siebie artysty, ale podana w stylu, w której nie sposób odnaleźć buty na wyrost. Kilka utworów na albumie ciekawie opisuje wątki rodzinne, tutaj na czoło zdaje się wysuwać “Krzyczał na synka”, z takimi wersjami jak “Pytam ojca o dziadka, lecz to błądzenie w wygasłych linkach / Tak jak ojciec na ojca i nasz ojciec głośno krzyczał na synka”. Istotne na płycie wątki to też te poświęcone miejscu zamieszkania artysty. “Wyględów” imponuje kapitalnym groovem, ale też flow Mesa i plastycznemu opisowi dzielnicy: “Tu kwiaciarnie mam, nie marny kram / Jak nabroję to i sekwoje dla dziewoi mi ogarną tam / Spójrz w oczy dozorcy, ja swojemu bym powierzył mercedesa i dom / Nie żywimy tu się strachem przed obcym / Zapraszamy, nie uderzamy w patetyczny ton”. Świetnie napisany i przemyślany jest też utwór “Dawaj na stację”, w którym raper intrygująco opisuje przybytek, na którym miliony z nas kończą swój wieczór, gdy zabraknie… czegokolwiek. Bo przecież stacje benzynowe coraz częściej wykorzystywane są do wszystkiego innego niż tankowanie paliwa.

I tak mija nam ta płyta, kończąc niezwykle dynamicznym “Rudym Kurnawianem” i zostawiając nas z uczuciem w pełni zaspokojonego apetytu. Fani Tego Typa Mesa dostają go tutaj nie tylko w doskonałej formie i podwójnej roli, ale też praktycznie zupełnie solo. Raperski wyjątek to Emil Blef w “Jeszcze [Flexxip]”, które świetnie ukazuje, dlaczego ten duet był tak ważnym elementem rapowej sceny 15 lat temu. Poza tym mamy talk box Głośnego i żeńskie głosy uzupełniające kilka nagrań. I tyle. Nie będzie więc żadnej przesady w stwierdzeniu, że “Rapersampler” to sto procent Tego Typa Mesa w Tym Typie Mesie. Gospodarz tak znikomą obecność gości skwitował krótko: - Postawiłem na prostą opcję i uznałem, że obecność Emila oraz znajomych wokalistek w pełni mi wystarczy. Miało to też przyczynę czysto logistyczną - po naprawdę bardzo rozbudowanym “Ała”, gdzie wykonałem dziesiątki telefonów, wysłałem setki esemesów i maili, tym razem nie miałem ochoty pukać do tylu drzwi i poświęcać temu czas.

Rzecz jasna za wcześnie przesądzać, czy omawiane wydawnictwa z czasem rzeczywiście staną się pozycjami klasycznymi, pomnikowymi. Na takie wnioski potrzebnych jest jeszcze przynajmniej dwieście odsłuchów i kilka lat, po których zobaczymy, na ile klimat, brzmienie czy świeżość “Ground Zero Mixtape” oraz “Rapersampler” wciąż oddziałuje na słuchaczy. Na teraz można jednak z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że artyści zrobili wszystko, by słuchacze mieli pod koniec roku ciężki ból głowy przy wyborze najlepszych albumów. Na tych dwóch znajdziemy polot, świeżość, błyskotliwość, zapadające w pamięć teksty, raperów z charyzmą i umiejętnością wykorzystywania swoich flow na kilka sposobów. Czyli znajdziemy to wszystko, co definiowało, definiuje i na zawsze będzie definiowało najlepszy hip-hop.

Ten Typ Mes - "Rapersampler"; Alkopoligamia.com