Zacząć należy, że ich muzyka to od połowy lat dziewięćdziesiątych abecadło. Ciężko ich nie znać, ciężko się nie odwoływać, ciężko nie zauważać fenomenu. Wspomniane tu 80 milionów sprzedanych biletów to wymiar kosmiczny – a gdy dołożymy do tego złota i platyny, nagrody i uznanie od najlepszych to w zasadzie powinniśmy o Dave Matthews Band mówić jako gwieździe. Ale nie takiej od muzyki pop i celebryctwa, ale o fenomenie i kulcie dobrych brzmień.

W Polsce DMB ma problem. Niby sprzedał cały koncert w Gdańsku i niby szanujący się fani muzyki uważają za w dobrym tonie odwołanie się do nich przynajmniej raz do roku w mediach społecznościowych. Nie ma co się jednak oszukiwać – jego twórczość jest słabo znana. Nie ma tego szczęścia, co ostatnio Kamasi Washington, by ich płyta była maskotką salonów i modnych klubów. Szkoda. Bo bez wątpienia mamy do czynienia z formacją wielką.

Album „Come Tomorrow” trafia po sześcioletniej przerwie, znaczonej tylko trasami koncertowymi. Te stanowią o stylu grupy, który często określany jest jako formacja kochająca improwizacje, jamowanie i zabawę dźwiękiem. Nagrania krótkie, spokojne i z pozoru niepozorne rozwijają się w prawdziwe monstra, które potrafią wydłużać swój czas trwania do nawet półgodziny. Z takimi przypadkami będziemy mieć do czynienia i teraz.

Wydana w czerwcu płyta zawiera najbardziej „czyste”, czyli wolne od improwizacji nagrania w całej dyskografii zespołu. Wystarczy jednak zrobić porównanie – posłuchać jakiejkolwiek dowolnej płyty z przeszłości i porównać z wersjami koncertowymi, by wiedzieć że wypełniające „Come Tomorrow” kompozycje o zróżnicowanym charakterze to uśpione wulkany, które tylko czekają, by wyrzucić z siebie skrywaną energię.

Zaczyna się od „Samurai Cop”, które najbardziej odwołuje się do tradycji, do nagrań, które pamiętamy z „Before The Crowded Streets” czy nawet wcześniejszych krążków. Mamy tu charakterystyczne balladowe wejście, zabawę gitarą i niespokojną perkusją, bez której już nie wyobrażamy sobie brzmienia grupy. Spokojnie jest też w „Here On Out” oraz lirycznym, nostalgicznym, ale i lekko swingującym „That Girl Is You”.

Prawdziwą petardą jest z kolei „She”, z mistrzowsko poprowadzonymi refrenami, z harmoniami gitarowymi, których nie powstydziłoby się Disturbed. To nagranie, które niezorientowanych w stylistyce grupy może wprowadzić nawet w błąd, że to formacja zakochana w ostrych rytmach. I ten pomysł, by gitara wydobywała z siebie brzmienia przypominające scratching.

Wszystko, co potem przypomina nam, że to zespół, który łamie wszystkie stylistyki. Z jednej strony wypiera się jazzu, by jawnie z nim romansować wprowadzając tonacje, które znamy z najlepszych płyt sprzed dekad. Z drugiej, bawi się tonacjami jawnie popowymi, pokazuje, jak piękną formą jest zwykła piosenka, jak łatwo można rozkochać w sobie miłość do prostych formuł. By jednak zrozumieć, na czym polega zabawa taką formułą w wykonaniu DMB, trzeba posłuchać np. takich pereł jak „Virginia in The Rain” czy "Come On Come On".

Piękna, doskonale wykonana muzyka. Przeboje. Mądre teksty. Zespół z doświadczeniem, który w swej dojrzałości się nie zagubił. Nie zaczął zjadać własnego ogona, a doskonali swój styl.
Jak dla mnie absolutne mistrzostwo.

Dave Matthews Band „Come Tomorrow”. Ocena: 10/10