Dziennik Gazeta Prawana logo

Tim Simenon: Muzycy są z kosmosu

30 stycznia 2010, 21:02
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Tim Simenon: Muzycy są z kosmosu
Inne
Londyński muzyk, znany producent i głównodowodzący zespołu Bomb The Bass, to jeden z ojców współczesnej muzyki klubowej. Tim Simenon opowiada nam, dlaczego coraz częściej wybiera Azję zamiast Europy i tłumaczy, dlaczego nie wierzy w trendy.

Nie, to nie ma nic wspólnego z nimi. Zwyczajnie z Europy wygoniła mnie zima. Miałem już dość zamarzających samochodów, paraliżu komunikacyjnego i ogólnego poczucia, że wszystko się wali. Wydałem nową płytę i nie zamierzam się dołować z powodu aury. Dlatego wybrałem słońce (śmiech).


Nie do końca. Wziąłem ze sobą trochę sprzętu, bo nie mogę żyć odcięty od robienia muzyki. Przede wszystkim nabieram tu sił przed trasą koncertową, jaką planujemy na wiosnę i lato. Kiedy zadzwoniłeś, kombinowałem właśnie, jakie aranże podczas występów na żywo będą miały kolejne utwory z nowej płyty. Zresztą numery z „Future Chaos” też będą przearanżowane, więc zamierzam tu zostać parę dobrych miesięcy.

Cóż, mam to chyba w genach. Moja matka ma w sobie azjatycką krew. Dobrze czuję się w tych stronach. Ludzie mają tu tak ekstremalnie inną mentalność, mają dystans do wszystkiego. Nie sposób się tu nie zrestartować. Nie wspominając o takich szczegółach jak tokijskie sklepy z syntezatorami. To jest raj dla fanatyków klasycznych instrumentów sprzed lat.

Tak, zapuściłem tam korzenie i raczej nie zamierzam się przenosić. Tym bardziej że większość moich współpracowników mieszka w Europie, więc znacznie łatwiej stąd koordynować cały projekt.

Wiadomo, że występy live to zupełnie energia niż praca w studiu. Uwielbiam to, ale prawda jest taka, że to strasznie pracochłonne. Szczególnie jeśli wykonuje się muzykę elektroniczną. Niełatwo zrobić dobry i ekscytujący show. Zwłaszcza że w dzisiejszych czasach nie mogę sobie pozwolić na kosztowne ekstrawagancje, bo zwyczajnie nikt za nie zapłaci.

Plan jest taki, żebyśmy na scenie byli we dwóch – ja oraz mój wokalista i klawiszowiec Paul Conboy. Reszta muzyków będzie nas wspierać wirtualnie z ekranów na tyłach sceny.

Tak, ale z o wiele, wiele mniejszym budżetem (śmiech).

Jak Timbaland? Raczej nie (śmiech). A tak poważnie, wolę skupić się na Bomb The Bass. To jest moje dziecko, od którego zaczęła się przecież moja cała kariera. Bycie producentem ma oczywiście swoje dobre strony, bo poznajesz mnóstwo ciekawych muzyków co pozwala otworzyć głowę na nowe podejście do robienia muzyki. Z drugiej strony to ciągła walka, w której trzeba być mistrzem kompromisu. A dziś wolę realizować swoje pomysły, niż naginać się do czyichś koncepcji. Poza tym moja działalność w Bomb The Bass to głównie produkcja, tyle że produkuję swoje rzeczy.

Jestem zwolennikiem mieszanego podejścia. Cały czas na etapie komponowania wolę pracować na starych instrumentach – głównie na moim wysłużonym syntezatorze Mooga i maszynach perkusyjnych. Znam te maszyny jak własną kieszeń i to mi wystarcza. Bo nie oszukujmy się, zgodnie z nazwą moja muzyka to głównie bass i bit. Nie ma tam skomplikowanych rzeczy. Używam oczywiście komputera do edycji, ale nie podniecam się każdym nowym programem. Kiedy miksowaliśmy nowy album, pojechałem do Brazylii, bo mają tam kilka naprawdę genialnych studiów wypełnionych po brzegi starym analogowym sprzętem i nie żądają absurdalnych cen za jego użycie. Przepuściłem cały materiał przez te cuda i od razu słychać efekt. Mimo że to elektroniczna muzyka, to brzmi bardzo blisko i organicznie.


Nie zapominaj, że przez te lata przerwy cały czas tworzyłem muzykę, więc miałem naprawdę sporo materiału i gotowych szkiców. Tak naprawdę musiałem je tylko przesłuchać i dopracować.

One już nadeszły. Robię to, co uwielbiam, a publika kupiła w stu procentach mój poprzedni album, którym wróciłem po wielu latach. Czego więcej mogę chcieć? Co do tytułu – światło to motyw przewodni tej płyty. Sporo tu tekstów o zanurzaniu się w ciemnościach i różnych odcieniach światła i słońca.

Nie ma dowodów na ich istnienie, więc jakoś mnie ta kwestia nie ekscytuje. Ale już teorie mówiące o tym, że podróże w czasie są możliwe, przemawiają do mojej wyobraźni.

To akurat prawda. W swojej karierze widziałem niejednego artystę, który potwierdza twoją teorię. Absolutnie tak! (śmiech)

Szczerze mówiąc, nigdy nie wierzyłem w te trendy. Zawsze wydawało mi się to sztuczne, taki podział na „co się teraz gra, a co nie”. Przecież muzyka elektroniczna przez ostatnie lata ciągle się rozwijała, czego dowodem są choćby nowi artyści z wytwórni Warp. Inna sprawa, że trudno dostrzec jakiegoś rewolucjonistę. Zresztą nie jestem pewien, czy muzyczne rewolucje są dziś jeszcze możliwe.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj