Piotr Rubik zajął w sercach Polaków miejsce Michała Wiśniewskiego. 39-letni kompozytor i jego muzyka budzą ambiwalentne uczucia. Mimo że jego pop-oratoria są dosłownie miażdżone przez recenzentów, kompozytorowi udało się odnieść największy od lat sukces komercyjny w Polsce - pisze DZIENNIK.
Brak dobrej prasy Rubik nadrabia ślepym uwielbieniem publiczności. I nie chodzi tylko o lukratywne propozycje współpracy za publiczne pieniądze i nadkomplety na
koncertach, ale o kredyt zaufania wyrażony sprzedażą około 700 tys. krążków. To dowód miłości, jakiego nie zaznał w Polsce nikt od złotej dla polskiej fonografii pierwszej połowy lat
90., kiedy to w kilkusettysięcznych nakładach ochoczo kupowaliśmy płyty Roberta Chojnackiego, Liroya, Budki Suflera i Varius Manx.
Każdy z albumów Rubika - bez względu na to, czy było to któreś z jego pop-oratoriów, czy składanka wcześniejszych hitów skomponowanych dla Edyty Górniak, Michała Bajora i telewizyjnych "Wiadomości" - sprzedał się w nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Najnowszy - "Psałterz wrześniowy" - osiągnął ten wynik w rekordowym czasie zaledwie dwóch miesięcy. Na bezrybiu polskiej fonografii podobnymi wynikami nie może poszczycić się dziś ani Doda, ani nawet wspomniany wcześniej Wiśniewski. Ten ostatni zresztą, żeby nawiązać bezpośrednią rywalizację z Rubikiem, musiał do dystrybucji swojego najnowszego albumu wykorzystać 36 tys. punktów sprzedaży Ruchu na terenie całej Polski i dumpingowo obniżyć cenę najnowszego albumu do niespełna 10 zł.
Rubik nie musi uprawiać rynkowej hucpy. Jego albumy kosztują 38,5 zł, czyli prawie cztery razy tyle, i można je dostać jedynie w "dobrych sklepach muzycznych". Mimo to biją rekordy sprzedaży. "Pan Piotr", jak życzy sobie, by tytułować go na jego internetowym forum, doskonale zdaje sobie sprawę, że jakakolwiek obniżka ceny naraziłaby na szwank jego wizerunek artysty z wyższej półki i odarła jego ubraną w klasyczny kostium muzykę z nimbu elitarności. Dlatego też nawet kupując zbiorcze wydanie "Tryptyku świętokrzyskiego", nie uda nam się zaoszczędzić ani złotówki. Ba, trzeba nawet dopłacić, bo sześciopłytowy box kosztuje 131 zł i jest o 16 zł droższy, niż gdybyśmy kupowali jego zawartość na sztuki. Mimo to "Tryptyk" sprzedaje się jak świeże bułeczki. A jak mawiali starożytni Rzymianie: Vox populi, vox dei.
Szacunek należy się Rubikowi tym większy, że wbrew temu, co zwykło się o nim twierdzić, nie jest on twórcą łatwym. Kolejne polskie miasta, by tylko nakłonić go do rozsławienia ich w pieśni, muszą kusić go lukratywnymi kontraktami, jego kolejne oratoria zaś niezmiennie stanowią wyzwanie dla słuchaczy. Bo choć poszczególne utwory łatwo wpadają w ucho, od mniej wyrobionych zapoznanie się z całością koncept-albumu, rozpisanego na dwie płyty i kilkanaście chóralno-orkiestrowych kompozycji, wymaga sporo samozaparcia. Z kolei przez bardziej osłuchanych przebrnięcie przez mielizny poetycko-kompozycyjne tandemu Rubik - Książek jest traktowane jak akt nikomu niepotrzebnego heroizmu.
Entuzjazm krytyków nad jego muzyką ogranicza się do wychwalania nakładów płyt. Rubik bowiem, podobnie jak skrzypaczka Vanessa Mae, żeński kwartet smyczkowy Bond czy fagocista Tytus Wojnowicz (nota bene kolega Rubika z warszawskiej Akademii Muzycznej), którzy odnieśli sukces dzięki mezaliansowi muzyki klasycznej z popem, zamiast zostać uznanym za popularyzatora sztuki wysokiej, jest odsądzany od czci i wiary za jej trywializację. O tym, że jego kompozycje są ujmą na honorze polskich kompozytorów, napisano już morze papieru. Dziś w dobrym tonie jest ruganie Rubika, a medialna nagonka, jaka rozpoczęła się po ujawnieniu kwot kontraktów kompozytora z Krakowem i Gorzowem, jest najlepszym dowodem, że padł on ofiarą mody na swoją osobę i twórczość. I choćby - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze mocniej akcentował papiesko-boskie natchnienie swoich kompozycji, Rubik stał się kolejnym pensjonariuszem polskiego piekiełka, w którym przy kotle nie trzeba nawet diabła, bo wszyscy świetnie pilnują się nawzajem.
Każdy z albumów Rubika - bez względu na to, czy było to któreś z jego pop-oratoriów, czy składanka wcześniejszych hitów skomponowanych dla Edyty Górniak, Michała Bajora i telewizyjnych "Wiadomości" - sprzedał się w nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Najnowszy - "Psałterz wrześniowy" - osiągnął ten wynik w rekordowym czasie zaledwie dwóch miesięcy. Na bezrybiu polskiej fonografii podobnymi wynikami nie może poszczycić się dziś ani Doda, ani nawet wspomniany wcześniej Wiśniewski. Ten ostatni zresztą, żeby nawiązać bezpośrednią rywalizację z Rubikiem, musiał do dystrybucji swojego najnowszego albumu wykorzystać 36 tys. punktów sprzedaży Ruchu na terenie całej Polski i dumpingowo obniżyć cenę najnowszego albumu do niespełna 10 zł.
Rubik nie musi uprawiać rynkowej hucpy. Jego albumy kosztują 38,5 zł, czyli prawie cztery razy tyle, i można je dostać jedynie w "dobrych sklepach muzycznych". Mimo to biją rekordy sprzedaży. "Pan Piotr", jak życzy sobie, by tytułować go na jego internetowym forum, doskonale zdaje sobie sprawę, że jakakolwiek obniżka ceny naraziłaby na szwank jego wizerunek artysty z wyższej półki i odarła jego ubraną w klasyczny kostium muzykę z nimbu elitarności. Dlatego też nawet kupując zbiorcze wydanie "Tryptyku świętokrzyskiego", nie uda nam się zaoszczędzić ani złotówki. Ba, trzeba nawet dopłacić, bo sześciopłytowy box kosztuje 131 zł i jest o 16 zł droższy, niż gdybyśmy kupowali jego zawartość na sztuki. Mimo to "Tryptyk" sprzedaje się jak świeże bułeczki. A jak mawiali starożytni Rzymianie: Vox populi, vox dei.
Szacunek należy się Rubikowi tym większy, że wbrew temu, co zwykło się o nim twierdzić, nie jest on twórcą łatwym. Kolejne polskie miasta, by tylko nakłonić go do rozsławienia ich w pieśni, muszą kusić go lukratywnymi kontraktami, jego kolejne oratoria zaś niezmiennie stanowią wyzwanie dla słuchaczy. Bo choć poszczególne utwory łatwo wpadają w ucho, od mniej wyrobionych zapoznanie się z całością koncept-albumu, rozpisanego na dwie płyty i kilkanaście chóralno-orkiestrowych kompozycji, wymaga sporo samozaparcia. Z kolei przez bardziej osłuchanych przebrnięcie przez mielizny poetycko-kompozycyjne tandemu Rubik - Książek jest traktowane jak akt nikomu niepotrzebnego heroizmu.
Entuzjazm krytyków nad jego muzyką ogranicza się do wychwalania nakładów płyt. Rubik bowiem, podobnie jak skrzypaczka Vanessa Mae, żeński kwartet smyczkowy Bond czy fagocista Tytus Wojnowicz (nota bene kolega Rubika z warszawskiej Akademii Muzycznej), którzy odnieśli sukces dzięki mezaliansowi muzyki klasycznej z popem, zamiast zostać uznanym za popularyzatora sztuki wysokiej, jest odsądzany od czci i wiary za jej trywializację. O tym, że jego kompozycje są ujmą na honorze polskich kompozytorów, napisano już morze papieru. Dziś w dobrym tonie jest ruganie Rubika, a medialna nagonka, jaka rozpoczęła się po ujawnieniu kwot kontraktów kompozytora z Krakowem i Gorzowem, jest najlepszym dowodem, że padł on ofiarą mody na swoją osobę i twórczość. I choćby - o ile to w ogóle możliwe - jeszcze mocniej akcentował papiesko-boskie natchnienie swoich kompozycji, Rubik stał się kolejnym pensjonariuszem polskiego piekiełka, w którym przy kotle nie trzeba nawet diabła, bo wszyscy świetnie pilnują się nawzajem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|