19 czerwca 2007 roku w Sali Kongresowej w Warszawie wystąpi słynna amerykańska artystka rockowa Tori Amos. Koncert będzie częścią trasy promującej jej najnowszą płytę "American Doll Posse".
Urodzona w 1963 roku Amos stała się w ciągu ostatnich piętnastu lat jedną z najciekawszych postaci amerykańskiej (i światowej) sceny alternatywnej. Już jej
debiutancki album "Little Earthquakes" (1992) wzbudził skrajne reakcje - od uwielbienia i fascynacji, aż po totalne oburzenie. Naładowane bardzo osobistymi emocjami teksty
obsesyjnie krążące wokół tematów wiary, seksu i traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, granicząca z ekshibicjonizmem szczerość w opisywaniu najintymniejszych doświadczeń, wściekłość
skierowana przeciwko męskiej dominacji, Kościołowi katolickiemu i wszelkim zinstytucjonalizowanym formom religii - oto znaki rozpoznawcze tej twórczości.
Twórczości, która podlegała bardzo ciekawej ewolucji. Od ascetycznych protest-songów wykonywanych przy akompaniamencie fortepianu (np. "Under the pink" 1994 r., "Boys for Pele" 1996 r.), przez wspomagane elektroniką, gęste, momentami transowe brzmienia ("From the choirgirl hotel" 1998 r.), aż po ostatnie przedsięwzięcie, najbardziej jak do tej pory ambitne i chyba najbardziej kontrowersyjne. Dziesiąty w karierze Tori Amos album to nie tylko porcja znakomitych piosenek zaśpiewanych z charakterystyczną, czasem ocierającą się o egzaltację manierą. Na "American Doll..." Amos przekracza właściwie wszelkie muzyczne konwencje, choć, paradoksalnie, w sensie brzmieniowym nie odbiega zanadto od stylistyki swoich dokonań z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Chodzi tu bowiem nie tyle o
same dźwięki, ile o rozbudowany multimedialny projekt mający spełniać rolę swoistego wehikułu dla przesłania o charakterze filozoficzno-politycznym. Przesłanie jest właściwie proste i można je wyrazić następująco: patriarchalne chrześcijaństwo (czy szerzej: religie monoteistyczne) to źródło przemocy, hipokryzji i zniewolenia.
Światopoglądową alternatywą dla powyższego zestawu plag trapiących współczesność jest powrót do przedchrześcijańskich korzeni: do greckich mitów i pogańskiej wizji rzeczywistości. Niebagatelną rolę odgrywa tutaj feminizm. Tori Amos właściwie od początku swojej działalności artystycznej bardzo intensywnie angażuje się w walkę o prawa kobiet. To właśnie kobiecość - podkreśla często w wywiadach - jest w cywilizacji chrześcijańskiej przedmiotem szczególnej opresji.
Czy to więc jeszcze sztuka, czy już ideologia opakowana tylko dla niepoznaki (a może dla większej mocy oddziaływania) w nader atrakcyjny kostium? Jak już wspomniałem, muzyka jest w przypadku ostatniego albumu Amos zaledwie fragmentem większej całości, w której mieści się również pięć rozsianych gdzieś po internecie blogów prowadzonych przez pięć fikcyjnych postaci będących swoistymi alter ego artystki. Zdobią one okładkę "American Doll Posse" i reprezentują pięć figur kobiecości. Od zmysłowej, delikatnej dziewczyny po gniewną wojowniczkę. Każda kobieta, zdaje się w ten sposób mówić Amos, ma w sobie wiele wymiarów, wiele postaci. To tylko jednostronna męska kultura redukuje je wszystkie do roli matki oraz żony.
Z tego rodzaju wizją rzeczywistości, jaką prezentuje Tori Amos, niewątpliwie można – i to z powodzeniem – polemizować. Na szczęście, mimo rewolucyjnego zapału i potężnego ładunku polityki, "American Doll Posse" słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Przekonamy się o tym, mam nadzieję, 19 czerwca w Sali Kongresowej.
Twórczości, która podlegała bardzo ciekawej ewolucji. Od ascetycznych protest-songów wykonywanych przy akompaniamencie fortepianu (np. "Under the pink" 1994 r., "Boys for Pele" 1996 r.), przez wspomagane elektroniką, gęste, momentami transowe brzmienia ("From the choirgirl hotel" 1998 r.), aż po ostatnie przedsięwzięcie, najbardziej jak do tej pory ambitne i chyba najbardziej kontrowersyjne. Dziesiąty w karierze Tori Amos album to nie tylko porcja znakomitych piosenek zaśpiewanych z charakterystyczną, czasem ocierającą się o egzaltację manierą. Na "American Doll..." Amos przekracza właściwie wszelkie muzyczne konwencje, choć, paradoksalnie, w sensie brzmieniowym nie odbiega zanadto od stylistyki swoich dokonań z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych. Chodzi tu bowiem nie tyle o
same dźwięki, ile o rozbudowany multimedialny projekt mający spełniać rolę swoistego wehikułu dla przesłania o charakterze filozoficzno-politycznym. Przesłanie jest właściwie proste i można je wyrazić następująco: patriarchalne chrześcijaństwo (czy szerzej: religie monoteistyczne) to źródło przemocy, hipokryzji i zniewolenia.
Światopoglądową alternatywą dla powyższego zestawu plag trapiących współczesność jest powrót do przedchrześcijańskich korzeni: do greckich mitów i pogańskiej wizji rzeczywistości. Niebagatelną rolę odgrywa tutaj feminizm. Tori Amos właściwie od początku swojej działalności artystycznej bardzo intensywnie angażuje się w walkę o prawa kobiet. To właśnie kobiecość - podkreśla często w wywiadach - jest w cywilizacji chrześcijańskiej przedmiotem szczególnej opresji.
Czy to więc jeszcze sztuka, czy już ideologia opakowana tylko dla niepoznaki (a może dla większej mocy oddziaływania) w nader atrakcyjny kostium? Jak już wspomniałem, muzyka jest w przypadku ostatniego albumu Amos zaledwie fragmentem większej całości, w której mieści się również pięć rozsianych gdzieś po internecie blogów prowadzonych przez pięć fikcyjnych postaci będących swoistymi alter ego artystki. Zdobią one okładkę "American Doll Posse" i reprezentują pięć figur kobiecości. Od zmysłowej, delikatnej dziewczyny po gniewną wojowniczkę. Każda kobieta, zdaje się w ten sposób mówić Amos, ma w sobie wiele wymiarów, wiele postaci. To tylko jednostronna męska kultura redukuje je wszystkie do roli matki oraz żony.
Z tego rodzaju wizją rzeczywistości, jaką prezentuje Tori Amos, niewątpliwie można – i to z powodzeniem – polemizować. Na szczęście, mimo rewolucyjnego zapału i potężnego ładunku polityki, "American Doll Posse" słucha się naprawdę z wielką przyjemnością. Przekonamy się o tym, mam nadzieję, 19 czerwca w Sali Kongresowej.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|