Wiesz, tak jak powiedziałeś, okres między pierwszym i drugim albumem był dla nas bardzo aktywny. Potem potrzebowaliśmy odpoczynku od koncertowania i siedzenia w studiu.
Przespaliśmy chyba z pół roku, zanim wróciliśmy do formy. (śmiech) Wzięliśmy się ostro za robotę, bo przez te ostatnie trzy cztery lata nagraliśmy aż dwa albumy. Pierwszy ukazuje się
teraz - nazywa się "Junior" i jest bardziej pozytywny, przebojowy, ma więcej wokali. Drugi chcemy wydać pod koniec roku - nosi tytuł "Senior" i jest jego
zupełnym przeciwieństwem.
My uznajemy tę płytę za nasz pierwszy krok w epokę iTunes (śmiech). Nie da się ukryć, że młodzi ludzie nie przykładają takiej wagi do całych albumów - ważne są dla nich single,
pojedyncze piosenki. Nie mają na to czasu, a może potrzeby, dlatego takimi utworami jak właśnie "Happy Up Here" czy "The Girl and The Robot" chcemy im wyjść
na przeciw. Jednocześnie nie wyrzekamy się naszych ideałów, bo album "Senior" jest swego rodzaju ukłonem w stronę lat 70., Tangerine Dream czy Pink Floyd. Więcej na nim
nastrojowych barw syntezatorów, łagodniejszych rytmów, a utwory mają dużo swobodniejszą konstrukcję.
Chyba to, że każda z nich ma oryginalny styl, ogromny talent, jest miła i jest naszą znajomą (śmiech). Zaczęliśmy od nagrań z Karin Dreijer Andersson, którą dobrze znaliśmy. Spędziła z
nami kilka dni w studiu i wspólnymi siłami nagraliśmy m.in. "Tricky Tricky". Na Lykke Li trafiliśmy przez profil MySpace, jeszcze zanim wydała debiutancki album. Jej nagrania z
fortepianem były zaledwie szkicami piosenek, ale wiedzieliśmy, że tkwi w niej wielki potencjał. Natomiast z Robyn nie liczyliśmy na zbyt wiele - ona jest wielką gwiazdą. Tymczasem przy
pierwszym spotkaniu wyszło na to, że lubi naszą muzykę i chce nagrywać. Obawialiśmy się tylko, że jej występ przyćmi całą płytę (śmiech). Ale chyba uniknęliśmy tego.
Hm, na pewno jest w tym pewien wyraz poczucia dumy z tego, co stał się w ostatnich latach w Norwegii czy Szwecji. To znaczy Szwecja zawsze miała tradycję popową dzięki grupie Abba. Natomiast my
mieliśmy taki kompleks małego państewka, w którym wszyscy chcą brzmieć jak Amerykanie czy Anglicy. Takim przełomem dla nas wszystkich był chyba sukces Björk, która pokazała, że
najważniejsza jest oryginalność. Nawet nietypową wymowę w języku angielskim można uczynić atutem. To dało również nam siłę i motywację do działania, co przypieczętowała m.in.
popularność pierwszej płyty. Dziennikarze próbowali ją zakwalifikować jako downtempo czy muzykę klubową, ale nie oszukujmy się, żaden brytyjski zespół nie brzmiał tak jak my. No może
dopiero po naszym sukcesie (śmiech).
Od początku staramy się znaleźć równowagę między tym, co aktualne, tym, co oferuje nam współczesna technologia, a tym, co ponadczasowe - czyli dobre melodie i dobre piosenki. Dobrze wiemy
też, gdzie tkwią nasze korzenie - pamiętamy, co robił Vangelis z syntezatorami, jak brzmiało Detroit techno. Mamy takie doświadczenie i pozycję, że nie musimy się z nikim ścigać, ani
niczego udowadniać. Po prostu zależy nam na tym, żeby każda płyta miała dla słuchaczy wartość, a nie była produktem jednorazowego użytku.
p