Dawid Podsiadło mówił na Torwarze, że ma takie momenty, że nie słucha swoich płyt. I w sumie doskonale go rozumiem. „Falniemafal” czy „Małomiasteczkowy” wylewały się zewsząd do tego stopnia, że musiałem wyłączać transmisje (ukochanego przecież!!!) tenisa, bo widziałem tam logo instytucji finansowej, która mi się z Dawidem kojarzyła.

Dawid Podsiadło dodał jednak na Torwarze, że czasem słucha swoich płyt i musi stwierdzić, że... dobre są. Bo – cholera jasna – trzeba przyznać piekielnikowi z Dąbrowy, że talent ma i do nagrywania i do śpiewania na żywo. 

O tym, że w hali nieopodal stadionu Legii będzie coś się działo widać było po korkach, które rozpoczynały się już kilka kilometrów przed Torwarem. Tłum szturmował salę z entuzjazmem, który zwiastować mógł albo wielką modę i zjawisko typu trend sezonu, albo muzyczną ucztę. Szczęściem mieliśmy połączenie obu, a od pierwszego dźwięku do ostatniego koncert stał na niespotykanym poziomie. 

Zacznijmy od produkcji.

Wyleczmy się z jakichkolwiek kompleksów. Serio. To jest świat. On jest już w Polsce. W tym roku widziałem kilka koncertów na Torwarze – tak się składa, że oprócz Podsiadło wszystkie inne zagraniczne. Ten wyprodukowany był najlepiej. To, co widać na mniejszą skalę podczas tras klubowych, tu zostało doprowadzone do perfekcji na dużą skalę. Mamy wizualizacje, mamy zabawę w łączenie świateł z dźwiękiem, mamy wreszcie ekipę, która nawet Torwar nagłośnić potrafi. Bo kluczem do sukcesu są ludzie. O tym, że nowoczesne zabawki w nieodpowiednich rękach nie dadzą odpowiedniego efektu przekonywaliśmy się nie raz. Tu zachowana jest cudowna równowaga, oparta na piramidzie zależności.

Na jej czele stoi oczywiście Podsiadło. Dobrał on sobie cudownych kamratów do grania, z których każdy mógłby swoim CV zaskoczyć. Tu nawet chórzystki mają na koncie solowe płyty, a basista to przecież legenda polskiego rocka i szanowany nauczyciel.

Kluczem do podbicia serc publiki jest granie nowych jak nowe, a starych inaczej. Takie „Trójkąty i kwadraty” czy „Pastempomat” zagrane zostały z pomysłem, nowym sznytem, pazurem i charakterem. Kiedy słyszeliśmy „Nie ma fal”, „Najnowszy klip” czy piosenkę o tym, że znowu jadę do ciebie sam, byliśmy bardzo blisko wykonania z płyty. Oczywiście nic nie było jeden do jednego – na szczęście nikt tu się w Pink Floyd nie bawił. 

Bawił – i to dobrze – Podsiadło swoją konferansjerką. Myślę, że to kolejny zawód, który mógłby uprawiać, gdyby coś mu strzeliło do głowy i nagle nie chciał się zajmować muzyką. W sposób czasem pasywnie agresywny, a czasem agresywnie pasywny prowokował, wymuszał brawa, toczył cudownie niedokończone dialogi ni to z samym sobą.

Kluczem do sukcesu jest też charyzma i ekspresja. Wszystko oczywiście w odpowiednich dawkach. Kiedy na scenie pojawił się Muniek można było podejrzewać, że nastąpi wybuch. Jednak „Bóg” zabrzmiał spokojnie, w sposób cudownie wyważony. Wspaniale w uszy sączył się „Nieznajomy” połączony z „Tamagotchim” (zauważcie, że to coraz powszechniejsze zjawisko, że polscy artyści na koncertach – i to nie tylko Męskiego Grania – coverują polskich artystów.

Dużo o przesłaniu płyty mówiły piękne filmy prezentowane pomiędzy utworami. Oczywiście – z jednej strony - pozwalały one na konieczne zmiany na scenie, ale z drugiej. Jaka to przyjemna rzecz, kiedy człowiek, który sam nie skończył 27 lat każe nam się zatrzymać i pomyśleć na chwilę o istocie miłości.

Oczywiście po takiej trasie, którą widziało ponad sto tysięcy ludzi, Dawid Podsiadło już nic nie musi. Oczywiście po takim przyjęciu można zniknąć znów na rok i zastanawiać się nad tym, jak strasznie ciężka jest codzienność. Oczywiście – jak mówiła Pani Mamcia - można też skończyć te wygłupy i wrócić na studia do Dąbrowy Górniczej.

Dawid Podsiadło powiedział ostatnio, że jeszcze góra dziesięć lat i ten fenomen się skończy. Dawid – sprawdzam. Przypomnę się po dekadzie.

Koncert Dawida Podsiadło; Warszawa, Torwar; 17 grudnia 2018