Katowice stolicą Polski

Przez trzy sierpniowe dni Katowice stały się polską stolicą eklektycznych brzmień, dla których wspólnym mianownikiem jest słowo „alternatywa”. Dopieszczeni przez organizatorów imprezy zostali zarówno fani ciężkich brzmień, jak i elektroniki, indie rocka czy jazzu. Jednak to ci pierwsi mieli zdecydowanie w tym roku najlepiej. Kiedy na kilka miesięcy przed festiwalem wiadomo było, że w line-upie znajdą się tacy wykonawcy jak: The Body, Electric Wizard, OM, Lebanon Hanover czy Daughters serce każdego szanującego się fana gitarowej zawieruchy zabiło mocniej.

Piekło i niebo

Czas weryfikacji wysoko postawionych oczekiwań nadszedł już na piątek, o godz. 18:15. Właśnie wtedy na Scenie Eksperymentalnej wystąpił duet The Body. Pomimo tego, że Chip King i Lee Buford zagrali jedynie 30 minut, to w tym czasie udało im się przy pomocy gitary i perkusji otworzyć wrota prowadzące do najdalszych zakamarków piekła. Było intensywnie, boleśnie, duszono, ale jednocześnie…czule? Jak to możliwe? Sam nie wiem, ale taką właśnie schizofreniczną mieszankę zaserwowała nam para muzyków. Po The Body Scena Eksperymentalna została przejęta przez kolejny duet, tym razem z Berlina. Mowa o Lebanon Hanover. Larissa Iceglass oraz William Maybeline zaprezentowali licznie zebranej publice mieszankę zimnego jak lód Antarktydy post-punka i posępnego niczym Czerep He-Mana darkwave. Niemcy najlepiej wypadali kiedy do swojej muzyki wpuszczali jednak trochę światła, powietrza i tanecznego klimatu. Właśnie te fragmenty ich występu zapamiętałem najlepiej. Za to zupełnie zaczarował mnie doom metalowy OM. To nawet nie był koncert, a raczej quasi-religijna czarna msza. Zespołowi udało się stworzyć hipnotyczną atmosferę, w której czas i przestrzeń zawężała się jedynie do dźwięków dobiegających ze Sceny Leśnej. Można było poczuć, że niebo dla fanów metalu naprawdę istnieje i znajduje się w Katowicach. Duże brawa należą się ekipie od nagłośnienia, każde najmniejsze muśnięcie gitary było słychać doskonale.

Punk’s Not Dead

Jednym z ważniejszych momentów tegorocznego OFF’a dla mnie osobiście był występ Dezetera. Punkowa załoga zagrała w całości swój kultowy album „Underground Out Of Poland”, który ukazał się w 1987 roku w USA. Pomimo tego, że materiał z płyty ma ponad 30 lat, to wciąż brzmi niezwykle świeżo, a teksty porażają swoją aktualnością. Ludzie zgromadzeni przed Sceną Perlage przyjęli Krzysztofa Grabowskiego i spółkę niezwykle ciepło. Było nawet obowiązkowe pogo i wspólne skandowanie refrenów. Sobotni wieczór na Scenie Leśnej zamykał Electric Wizard ze swoim ognistym doom metalem. Charakterystyczne przytłumione, basowe, piwniczne brzmienie Amerykanów opanowało na ponad godzinę teren festiwalu. Na ekranie leciały sobie w tym czasie filmy z lat 70. o tematyce okultystycznej. Było diabelsko dobrze. Bardzo przyzwoicie wypadła też nasza rodzima Entropia, która pokazała, że black metal może mieć również swoje piosenkowe, taneczne wręcz oblicze. Jednak prawdziwy cios, i to taki nokautujący z miejsca, zadali Daughters. Intensywny, ekspresyjny, pełen nieokiełznanej energii koncert, jaki dali na eksperymentalnej scenie przejdzie zapewne do historii i będzie jeszcze długo wspominany. Wokalista grupy, Alexis S.F. Marshall to człowiek niezwykle charyzmatyczny, działający na publikę, jak magnes. Po prostu nie można oderwać wzroku od tego, co wyczynia na scenie.

Słodko-gorzko

Dla tych, którzy nie przepadają za zbyt hałaśliwymi dźwiękami OFF Festival 2019 także posiadał sporą artystyczną ofertę. W ciekawym, lightowym i przyjemnym stylu zaprezentował się Pablopavo i Ludziki z Naprawdę Dużem Zespołem. Jak sama nazwa wskazuje, Paweł Sołtys wystąpił wraz ze swoją kapelą w poszerzonym składzie. Muzycy doskonale czuli się ze sobą i było to słychać. Odrobinę sielski i sensualny charakter miał występ A Perfect Son. Za tym projektem stoi Tobiasz Biliński, który podpisał jakiś czas temu kontrakt z kultową wytwórnią Sub Pop. Zdecydowanie nie był to przypadek. Biliński robi electropop na najwyższym, światowym poziomie. Z kolei wariacka, niezobowiązująca zabawa to znak rozpoznawczy Wczasów, którzy w sobotę wkroczyli na deski Sceny Trójki. Co tam się działo! Było animowanie publiczności, były dzikie tańce i w pełni luzacka atmosfera, przypominająca dyskotekę z czasów podstawówki. A wszystko to podlane słodko-gorzkimi, inteligentnymi tekstami o życiu we współczesnej polskiej metropolii.

Zawiedli za to wykonawcy promowani jako headlinerzy imprezy. Zarówno Jarvis Cocker, Stereolab oraz Suede, których możemy śmiało zaliczyć do reprezentantów szeroko pojętego indie-rocka, zagrali bardzo bezpiecznie, przewidywalnie i po prostu nudno. Doceniam to, jak ogromny wkład wnieśli oni wszyscy w świat muzyki i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że do dzisiaj są inspiracją dla wielu młodych zespołów. Jednak ten bilet do przeszłości zaserwowany nam przez Artura Rojka zdecydowanie stracił swoją ważność. Zbyt dużo ciekawych rzeczy dzieje się obecnie, aby móc się zachwycać dźwiękami, które nowatorskie były ponad 20 lat temu. Co innego Foals, którzy w zasadzie uratowali w Katowicach honor rockowego grania. Byli świeży, pełni energii i serwowali raz za razem publice swoje największe hity, które w wersji na żywo zyskują na drapieżności i dynamice.

Zawiodłem się również występem Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. Próbowałem w tym odnaleźć jakieś drugie dno, ale poległem. Popisy tancerzy, tancerek i grupy muzyków pod kierownictwem Jarosława Świątka można było chwilę poobserwować z ciekawości, ale całość była dla mnie zbyt pompatyczna, tendencyjna i rubaszna.

Z rzeczy mniej oczywistych muszę koniecznie zwrócić uwagę na barwnych wariatów z Superorganism. 8-osobowy skład, dopracowane chorografie, nowoczesne aranżacje i ujmujące melodie. To była impreza, jakich mało! Wokół siebie nie widziałem nikogo, kto stał i przyglądał się obojętnie, temu, co działo się Scenie Perlage. Wszyscy tańczyli lub chociaż gibali się w miejscu. Nawet zbyt zblazowana wokalistka, która rzucała do nas chwilami kanciastymi tekstami, nie zepsuła zabawy.

Ale czym byłby OFF, gdyby nie cudowne odkrywanie artystów, o których przed festiwalem nie miało się pojęcia. Dla mnie takim złotem strzałem był black midi. Brytyjczycy z miejsca zaatakowali publikę noise’owymi, atonalnymi i asymetrycznymi gitarami. Szaleńczy godzinny set dosłownie zwalał z nóg. Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie również The Comet Is Coming ze swoim futurystycznym, psychodelicznym oraz rozbuchanym show. Fantastycznie wypadła palestyńska producentka i DJ’ka – SAMA’. Jej klasyczne techno z house’owymi naleciałościami zatrząsło namiotem Sceny Trójki.

Do zobaczenia za rok!


No dobra, a były jakieś minusy festiwalu? Tutaj muszę zwrócić uwagę na zatrważające ceny merchu imprezy. Taniej już jest na Openerze…do tego zastanawiam się, czy OFF nie robi się trochę za ciasny. Może warto powoli trzeba pomyśleć o zmianie lokalizacji? Jeżeli impreza ma się rozwijać i ściągać nową publikę, to chyba będzie to niezbędne. W szczytowych godzinach ścisk na Trzech Stawach był naprawdę spory, a w strefie gastro trzeba było nastać się w kolejkach. Tak czy inaczej, tegoroczna edycja OFF Festivalu należała do jednych z najlepszych z jego dość długiej już historii. Z niecierpliwością czekam na ogłoszenia wykonawców, którzy zjawią się w Katowicach za rok.