PAP: Trzech kumpli siedzi nad Wisłą. Jeden z nich pali papierosa. Obok chłopaków czerwony rower, w tle Warszawa we mgle – Pałac Kultury, Wisła. To okładka piątej płyty Pablopavo i Ludzików "Marginal". Kim są ci młodzieńcy? Pan jest wśród nich?

Paweł Sołtys: Nie mam pojęcia, kim są. To zdjęcie z lat 60., pochodzi z archiwum Polskiej Agencji Prasowej. Chłopaki najpewniej siedzą na schodach Stadionu Dziesięciolecia.

Okładki Pablopavo i Ludzików to zwykle archiwalne zdjęcia. Co uwiodło was w tej fotografii, że wybraliście ją na okładkę płyty?

Przede wszystkim to piękne zdjęcie. Uwiodła nas jego ponadczasowość. Mogłoby powstać także dzisiaj. W tle nie widać wprawdzie drapaczy chmur, ale proszę spojrzeć na ten czerwony rower – hipsterzy dziś na takich jeżdżą. Trochę czasu minęło, zmieniła się rzeczywistość, ale… można udawać, że guzik prawda – wcale się nie zmieniła.

No właśnie, śpiewa pan "patrzę na tygodnie i miesiące jak na mapy i jakoś nie widzę żadnych tras (…) bo miga mi to życie jak zielone przed czerwonym światło". W innej piosence jest o Ewie, która ma chodzik i "łowi słońce w zmarszczki" albo o jakiejś parze - "już oboje kryją siwizny, ona czarną farbą on modnym kapeluszem". Dla mnie "Marginal" to opowieść o przemijaniu.

Tzw. działalność artystyczna to zwykle w jakimś sensie zapis przemijania. Niedawno skończyłem 40 lat i przyznam, że to mnie frapuje. Oczywiście można się z tego wyśmiewać, bo czym różni się 39-latek od 40-latka? Jednak te dwie cyferki są swoistą cezurą. Kiedy byłem młody 40-latków postrzegano całkiem inaczej – jako poważnych panów z teczką u progu starości. A dziś? Są zawieszeni między młodością a dojrzałością. Pracując nad tą płytą zastanawiałem się, jak opisać ten moment, ten rozkrok, żeby przed sobą i słuchaczem nie udawać, że jestem młodszy niż jestem. To tym dziwniejsze, że zawsze czułem się dojrzalszy od rówieśników przez to, że miałem wielu starszych przyjaciół, których musiałem nieustannie doganiać.

Czapka z daszkiem, bluza, ogólnie luźny styl – patrzę na pana i mogłabym zanucić kolejny numer z płyty zatytułowany "Karwoski": "A przecież stoisz taki młody, taki młody". Chyba właśnie w tym kawałku najlepiej udało się panu uchwycić ten rozkrok…

(śmiech) Nie wiem, ocenę pozostawiam słuchaczom.

Nie bez powodu cytuję teksty piosenek – zwłaszcza na tej płycie moim zdaniem właśnie one grają główną rolę.

Z tym trudno mi się zgodzić, bo piosenki składają się z muzyki i tekstów. Inna rzecz, że w Polsce wielu artystów nie przykłada wagi do tego, co śpiewa. Dla mnie ważne jest, co chcę powiedzieć ze sceny, ale nigdy nie myślę o tekstach w oderwaniu od dźwięku. Siłą piosenki jest przecież jej melodia, rytm. Dobra piosenka musi uwodzić muzycznie i dobrze, żeby przy okazji próbowała coś niegłupiego powiedzieć.

Trudno pisze się piosenki? Powiedział pan kiedyś, że czasem powstają w 10 minut, a czasem w kilka miesięcy, a nawet lat.

Rzeczywiście, czasem piszę w tzw. natchnieniu, bo czuję, że coś we mnie urosło, a czasem chodzę z jakimś tekstem latami. Czy pisze się trudno? Dobre piosenki pisze się bardzo trudno. Oczywiście, nie jest problemem zrymować kilka słów, ale zrymować z sensem, by wzruszyć, coś opowiedzieć, zauważyć – to wymaga praktyki. Poza tym pisanie piosenek jest pracą służebną, bo tekst ma działać w połączeniu z muzyką. Czasem melodia, rytm są jak płotki, które trzeba przeskakiwać, a czasem potrafią coś podpowiedzieć autorowi literek, poprowadzić go w takie rejony, do których pewnie bez podkładu by nie dotarł. Tak było w przypadku kilku utworów z tej płyty. Najpierw przygotowywaliśmy szkice muzyczne, potem jamowaliśmy z zespołem – to zresztą mój ulubiony moment w całym procesie powstawania płyty – a następnie pojechaliśmy w Bieszczady i tam w Orelcu na końcu świata nagrywaliśmy muzykę. A kiedy była gotowa, usiadłem do tekstów. Jedną piosenkę wymyśliliśmy w Bieszczadach, chłopaki grali, a ja siedziałem z kartką i długopisem i próbowałem za nimi nadążyć.

To najbardziej przebojowa z waszych dotychczasowych płyt, piosenkę "Karwoski" słyszałam przed chwilą w Trójce…

Początkowo krążek miał nosić tytuł "Marginal disco", ale uznaliśmy, że być może to nazbyt dosłowne. Ale rzeczywiście płyta jest dyskotekowa. Co do "Karwoskiego" – jest bardzo ładnie zdanie angielskie, które ukuto w latach 50., że single sprzedają longplaye. I pewnie coś w tym jest, chociaż żadna z naszych piosenek nie była pisana z taką myślą. Kiedy już nagraliśmy płytę, wybraliśmy piosenkę, która wydała nam się najbardziej nośna dla rozgłośni radiowych, a przy okazji oddająca to, co dzieje się na krążku.

A co ma znaczyć "Marginal"? Że opowiada pan historie, które wydarzają się gdzieś na marginesie, pomiędzy blokami, poza głównym krwiobiegiem Warszawy?

Każdy przeczyta te piosenki inaczej. Myślałem raczej o tym, że jako zespół funkcjonujemy gdzieś z boku głównego nurtu polskiego show-biznesu. Idziemy swoją drogą, nie oglądając się na mody.

Nie kusi was, żeby wdać się w romans z głównym nurtem?

Właściwie ten romans trwa, bo nie jesteśmy przecież zespołem awangardowym. Czasem np. zajrzymy do Trójki i dzięki temu słyszą o nas ci, którzy dotychczas nie znali naszych piosenek. Jesteśmy w "półtora" nurcie. I jest nam tu dobrze. Naturalnie, że chcielibyśmy mieć jeszcze większą publiczność i sprzedawać więcej płyt. Jednak nie kalkujemy w ten sposób, a na pewno nie komponujemy utworów z taką myślą. Bo wtedy zwykle nie wychodzi, a poza tym gubi się autentyczność i sens tej roboty. Nigdy nie chciałem być muzykiem na zamówienie, bo to trochę inny zawód.

Jaki uprawia pan zawód? Śpiewającego poety?

Nie! Poeta to ktoś zupełnie inny. Ja jestem muzykiem i piszę piosenki.

A kto to jest poeta? To nie kronikarz rzeczywistości?

Zupełnie nie ten poziom talentu. Dla mnie poezja to coś, co broni się bez muzyki. Na kartce. Ja nie próbuję być poetą. Moje teksty mają działać z dźwiękiem. Dlatego odmawiam wydawania swoich tekstów, które powstały do piosenek. Nie udaję kogoś, kim nie jestem.

Wiem, że rozmawia pan po koncertach z widzami. To nie jest częste u muzyków.

Wychodzę do ludzi, bo mnie interesują. Lubię rozmawiać z nimi o życiu, o tym, co ich boli, co im przeszkadza. To jeden z plusów tego zawodu. Dzięki tym spotkaniom czuję, że trochę znam ten kraj i mam zdrowy osąd rzeczywistości, która w małych miastach wygląda całkiem inaczej. Nie weselej, nie bardziej smutno, a inaczej. Żyję z podglądania ludzi, z podsłuchiwania ich. Dlatego po Warszawie poruszam się albo pieszo albo komunikacją miejską - zresztą nie mam nawet prawa jazdy. W tramwaju można przecież patrzeć na innych i ich słuchać.

Kiedy w pana życiu pojawiła się muzyka?

Prawdopodobnie kiedy byłem w przedszkolu, a może jeszcze wcześniej? Nie wiem. Muzyka była stałym bywalcem w moim rodzinnym domu – zresztą rodzice są znacznie bardziej utalentowani muzycznie niż ja. Jedno z pierwszych wspomnień z dzieciństwa to imieniny mamy albo taty. Jestem w korytarzu i słyszę, jak przy stole podchmieleni goście na cały głos śpiewają piosenki. Piękny moment. Czy to mnie ukształtowało muzycznie? Na pewno jakoś na mnie wpłynęło, tak jak muzyka Dylana oraz innych artystów. Nigdy jednak nie chodziłem do szkoły muzycznej, kiedy miałem 14 założyłem pierwszy zespół gitarowy. Mieliśmy z kumplami jedną gitarę i nikt nie umiał na niej grać. Potem okazało się, że bycie muzykiem wiele w życiu ułatwia, np. kontakty z dziewczynami. Grywałem wtedy w różnych zespołach, ale nie sądziłem, że kiedyś będzie to mój zawód. Pierwszą płytę wydałem z Vavamuffin w 2005 roku, kiedy miałem 27 lat. Byłem już dorosłym facetem. To dobrze, bo nie było mowy o wodzie sodowej. Kiedy zespół stał się bardzo popularny, co nas wszystkich nieźle zaskoczyło, rzuciłem studia i zająłem się muzyką na poważnie.

Rzucił pan rusycystykę. Literatura rosyjska była panu najbliższa?

Chyba zbyt daleko idące uproszczenie. Każdy język europejski ma swoją wybitną literaturę. Bez wątpienia na studiach poznałem wielu pisarzy, których inaczej bym nie poznał. Mam na myśli Charmsa, Zamiatina czy Sapgira. Literatura rosyjska jest mi bliska i inspirująca. Ale czy najbliższa? Nie umiem odpowiedzieć.

A łatwiej jest napisać piosenkę czy opowiadanie?

Mnie łatwiej pisze się oczywiście piosenki, bo napisałem ich z 500, może więcej, a książkę jedną. Z rzemieślniczego punktu widzenia zatem jest mi trudniej mierzyć się z dłuższymi formami. Chociaż muzyka i pisanie szły równolegle w moim życiu – pierwsze opowiadania wydrukowałem zanim wydałem jakąkolwiek płytę w 2001 r. w dwumiesięczniku "Studium".

Pisanie to dla pana frajda?

Pisanie jest okropne. Chociaż zdarzają się momenty błysku i na chwilę przestaje być dręczące.

Dlaczego okropne?

Pisanie to być może najpoważniejsza rzecz na świecie. Dlatego nieustannie ma się wrażenie, że robi się coś źle, że nie dorasta się do wyobrażenia o tej książce, która ma za chwilę powstać. Pisanie to wątpienie w każde zdanie. Katorga. Ale jest coś takiego we mnie, co mnie skłania, żeby ciągle do tej katorgi siadać. To dla mnie samego zagadka.

Bardzo pan skromny."Mikrotyki", czyli zbiór pańskich opowiadań, zgarnęły cały szereg nagród z Nagrodą Literacką im. Marka Nowakowskiego na czele…

Zupełnie się tego nie spodziewałem. Kiedy pod koniec prac redakcyjnych rozmawiałem z moim przyjacielem pisarzem, który już wydał parę książek, ustaliśmy, że fajnie będzie, jeśli tę książkę kupi 500 osób i ukażą się ze trzy recenzje. I wydarzyło się coś więcej, znacznie więcej. Tym bardziej mnie to zaskoczyło, że w Polsce opowiadania nie mają dobrej prasy. A już na pewno nie opowiadania debiutanta. Mam wrażenie, że ta książka trafiła w miejsce, które w polskiej literaturze jest słabo zagospodarowane – to znaczy nie jest to lektura tylko dla intelektualistów, która udaje esej i nie jest to czytadło. "Mikrotyki" są zawieszone gdzieś w połowie drogi. To jednak nie zmienia mojego stanu - wciąż nie wiem, co mam myśleć o tych słowach uznania.

Czuje pan presję, że jeśli znów coś wyda, będzie surowiej oceniony?

Pewnie, tym bardziej że ja się raczej składam z lęków. Presję czułem także przed wydaniem "Mikrotyków". Bałem się, że zostaną one potraktowane tak, jak mogłaby być, to znaczy, że pojawią się głosy, że oto kolejny muzyk wpieprza się w robotę poważnych pisarzy. Dlatego dziś nie jestem pewien, czy wydam coś jeszcze.

Jakie ma pan plany?

Płyty, płyty, płyty. Pracujemy nad nowym materiałem z Vavamuffin, zaczęliśmy pracę na krążkiem "Pablopavo, Praczas, Iwanek", piszę też piosenki na solowy album. Ale… najbliższy plan mam taki, żeby odebrać moją 4-letnią córkę z przedszkola (śmiech).

Córka słucha pana piosenek?

Pewnie, jest surową recenzentką, bo nie ma bagażu intelektualnego. Z ostatniej płyty najbardziej podoba jej się utwór "PKB". Wykrzykuje i tańczy do niego, a sąsiedzi na pewno znają ten kawałek na pamięć.

Rozmawiała Agnieszka Michalak (PAP)

Paweł Sołtys – muzyk, pisarz, autor tekstów piosenek i kompozytor. Od 2003 r. jest jednym z filarów zespołu Vavamuffin. W 2009 r. rozpoczął karierę solową. Jego twórczość muzyczna firmowana jest pseudonimem Pablopavo (samodzielnie lub z zespołem Ludziki, z którym właśnie wydał piątą płytę "Marginal".). W 2017 zadebiutował zbiorem opowiadań "Mikrotyki", za który dostał m.in. Nagrodę Literacką im. Marka Nowakowskiego.