Na rok 2018 w muzyce możemy spojrzeć dokładniej posiadając wiele danych, do których przez lata nie mieliśmy dostępu. Oczywiście wciąż brakuje obiektywnego miernika liczby osób przychodzących na poszczególne koncerty i zysków, jakie te imprezy generują (odpowiednik boxscore), ale i tak o rynku wiemy coraz więcej.

Według oficjalnych raportów jesteśmy na 22. miejscu na świecie pod względem przychodów, jakie generowane są ze sprzedaży muzyki. To świetny wynik, bo przecież Europa Zachodnia, Ameryka, Azja i Australia posiadają ogromne rynki zbytu dla muzyki.

Muzyka na smyczy koniunktury

Czy ta sytuacja może się popsuć? Oczywiście – widać tu oczywista korelację pomiędzy siłą gospodarki, a tym, ile wydajemy na kulturę (adekwatną pozycję mamy też na rynku filmowym, wyższa pozycja w jednym z minionych lat wynikała tam tylko z korzystnego kursu, po jakim przeliczano przychody). Jak pisaliśmy w Dziennik.pl, polska gospodarka jest na 21-22 miejscu na świecie. Powiązanie jest o tyle czytelne, że - na przykładzie poprzednich lat - łatwo można wskazać, że potknięcia w gospodarce uderzały w sektor rozrywkowy. Uderzały podwójnie, ponieważ niemal zawsze – jeśli na czymś oszczędzaliśmy, to na kulturze właśnie. Działo się to i na poziomie naszych domowych wydatków, jak i na poziomie sponsoringu mniejszych lub większych firm.

Muzykę konsumujemy cyfrowo, płyty kupując w podzięce lub dlatego, że jeszcze świata cyfrowego nie poznaliśmy. To w naturalny sposób sprawia, że w raportach sprzedaży płyt królują polscy artyści. W cyfrze nie możemy mówić o dominacji, a o widocznej preferencji. Tu płacąc abonament wielkości 19-25 złotych miesięcznie częściej sprawdzamy co słychać poza krajowym podwórkiem.

W tym roku duże firmy, spółki skarbu państwa w muzykę inwestowały. Oczywiście działo się tak m.in. ze względu na jubileusz stulecia odzyskania niepodległości i widać w tym było niewidzialną rękę „dobrej zmiany”, ale – parafrazując pointę kawału z brodą – smak konfitur na języku pozostał. Pokazał też wielu misiom od marketingu, że już niekoniecznie futbol, siatkówka i gala boksu w powiatowym mieście, ale i muzyka może przynieść pozytywne efekty marketingowe. Czy trend ten się utrzyma, czy będziemy mieli wydarzenia muzyczne, które zaistnieją dzięki wielkim nakładom sponsorów w 2019 roku? Oby lekcja z 2018 roku nie poszła na marne.

Słuchamy tego, czego nie słyszymy

Rok 2018 był kolejnym, który pogłębił przepaść pomiędzy światem muzyki prezentowanej przez mainstreamowe media, a tym czego naprawdę słuchają Polacy. Oczywiście telewizje i rozgłośnie się uczą, czego symbolem są Kortez (którego w końcu, po czterech latach od fantastycznego debiutu zaczęło grać nawet RMF FM) oraz Paweł Domagała. Pisaliśmy wielokrotnie, że rozgłośnie radiowe obudziły się, że jest on nie tylko aktorem, gdy licznik wyświetleń „Weź nie pytaj” na Youtubie przekroczył ponad 10 milionów wyświetleń. To, ale także i zawiły szlak, jaki przemierzył przebój „Tamagotchi” do Trójki I RMF wskazuje, że droga do rozpoznawalności prowadzi teraz tylko i wyłącznie przez Internet. Nie mieliśmy w 2018 ani jednej nowej gwiazdy, wykreowanej przy pomocy radia czy telewizji. Zmierzch talent show jest coraz bardziej wyraźny – pula talentów w Polsce się nie wyczerpała, programy tego typu przestały być tubą promocyjną, a ich zwycięzcy przestali z automatu zajmować najwyższe pozycje.

Wspomniane „Weź nie pytaj” to tez przykład na to, że delikatnie zmieniają się gusta Polaków. Najczęściej odtwarzanym nagraniem jest bowiem nie straszydło pokroju „Miłość w Zakopanem” czy kolejny hit Zenka, a walczyk człowieka, który może nie jest Mozartem, ale na płycie „1984” udowadnia, że zna zdecydowanie więcej niż trzy-cztery muzyczne patenty.

Rok 2018 to albo początek końca albo – jakby powiedzieli ekonomiści – „korekta techniczna” na wykresie popularności Sławomira. Jeszcze rok temu bilety wyprzedawały się na pniu, a w tym… Ci co m.in. widzieli pustki na koncercie m.in. w warszawskiej Stodole zadają sobie pytanie – co się stało…? Żart powtarzany w kółko się znudził? Zobaczymy – inny muzyczny kabaret, metalowy Nocny Kochanek, trzyma się mocno o czym świadczy 500 tysięcy ludzi oglądających ich koncert w Kostrzyniu nad Odrą.

Umizgi czołowych stacji telewizyjnych wobec świata disco polo nie przyniosły nikomu korzyści. TVN, Polsat i TVP ciągle w komentarzach muszą zmagać się z łatką tych, którzy na salony wpuszczają autorów przebojów o czterech osiemnastkach w samochodzie. Po nowej obsadzie programów widać, że ludzie bardziej chcą patrzeć na Edytę Górniak. Disco Polo zaś wraca tam, skąd nigdy nie wyszło i  gdzie ma się najlepiej – sal, dyskotek, „gal piosenki” i amfiteatrów. Nie jest to świat małych miejscowości, o czym świadczy to, że niemal każda impreza w tej stylistyce organizowana w Warszawie była wyprzedawana na pniu, mimo że ceny biletów coraz bardziej zbliżają Zenka, Boys i Video do kategorii „średnia zagraniczna gwiazda”. Disco Polo zaczęło być certyfikowane przez ZPAV. Nie sprawiło to jednak, że wyspy złotych i platynowych płyt przyćmił resztę. Ich liczba daje do myślenia wszystkim, z przedstwicielami gatunku na czele.

Kto się boi Żabsona?

Doskonale ma się natomiast obsypany diamentami, platynami i złotem hip-hop. Nie ma tu jednego króla, bo i Quebonafide (był na czele sprzedaży płyt w 2017) i Taco Hemingway i połączenie sił, czyli Taconafide, i Paluch, i „CesarzKękę przyciągnęli do siebie dziesiątki tysięcy fanów, którzy za ich muzykę zdecydowali się zapłacić dodatkowo, poza abonamentem na Spotify czy Tidal. Mamy też całą masę pretendentów, którzy jak raper z Radomia chcą siedzieć na tronie: Szpaku, Bedoes, czy zapraszany do Wojewódzkiego Żabson. Awantura wokół tego ostatniego to przykład na to, że środowisko wciąż największy problem ma z nagłym sukcesem, bo przecież dyskusje o auto-tune są tylko i wyłącznie tematem zastępczym, wymyślanym przez tych, którzy chcieliby zostać też gwiazdami pop, a nie do końca im się udaje lub nie mają na to odwagi. Podziały na scenie zapowiadają ciekawe rzeczy w przyszłym roku. Rzutem na taśmę w grudniu fantastyczne numery opublikował Ten Typ Mes, który zaczął pojawiać się w kategorii „dla młodych za stary, dla starych za młody”. I – rzecz jasna – oczekiwanym albumem, który się świetnie sprzeda i będzie hejtowany przez młodych będzie, jeśli się ukaże, nowy Kaliber 44. Nie będzie to poziom popularności płyty „Soma 0,5 mg”, ale kto ma posłuchać, ten posłucha.

Od Quebonafide i śpiewanego(?) przez nich „Tamagotchi”, które na równi z „Weź nie pytaj” i dwiema jeszcze innymi piosenkami (czytaj kilka zdań dalej) jest kandydatem do tytułu piosenki roku, niedaleko do Dawida Podsiadły. Manewr taktyczny polegający na wyciszeniu i przerwie okazał się ruchem w dobrą stronę. Wiadomym było, że potem albo nastąpi wybuch, albo totalna klapa. Co się stało - wiemy. Zostaliśmy wręcz zamordowani muzyką Podsiadły, bo przecież „Małomiasteczkowy” bił się z „Początkiem” o tytuł piosenki lata, a i w czołówce podsumowań na piosenki roku pojawić się musi. Pod koniec 2018 nastąpiło coś, co zmieniło obraz Polski. Jak pisaliśmy – kto był na koncertach promujących płytę „Małomiasteczkowy” ten nie da się nabrać na słabą produkcję byle rockmana czy rapera, który udaje że jest fajny bo wziął led i stroboskop. Trasa, zainteresowanie, płyta, przeboje – wszystko to czyni z Dawida Podsiadło postać roku. Tego co się stało latem i jesienią 2018 roku nie odbierze mu nikt. Choć nie dziwi też to, że sam artysta zadaje sobie pytania o to jak długo to jeszcze możliwym jest.

Żeńskie granie

Podobny manewr – w wycofaniem się i nagłym „a ku ku” zrobiła Katarzyna Nosowska, która najpierw uśpiła Heya, by wyskoczyć z książką, płytą i trasą. Muzycznie to rzecz konieczna do odnotowania, ale należy słyszeć pytania fanów o to, czy nie ma schizofrenii w świecie, w którym z jednej strony jest się piewcą niemal punkowego buntu, z drugiej idzie się na układ z Coca-Cola i Ikeą. Patrząc z boku – lepiej, że te firmy znów wchodzą do świata muzyki i podobnie jak Credit Agricole (sponsor wiadomo kogo) sprawiają, że jest jeszcze lepiej i profesjonalniej. A to, że kłuje to w oczy fanów – przecież nie od dziś wiadomo, ze nic tak Polaka nie boli jak to, że ktoś inny dobrze zarabia. Swoją drogą to ciekawy motyw – buntując się, wściekając się i wykrzykując zostać gwiazdą, o którą zabiega sama Ewa Chodakowska i świat wielkich globalnych marek.

W pozornym uśpieniu zostawała od lat scena kojarzona z dawną estradą, taką kojarzoną z orkiestrą, mikrofonem i piosenką. Powoli wracała do łask i na salony dzięki Zbigniewowi Wodeckiemu i jego kolaboracji z Mitchami. W tym roku można powiedzieć, że ukonstytuowała się w całości na nowo, a zasługa w tym Wielkiego Wspomnianego Nieobecnego, bo płyta ku jego pamięci była też ważnym wzmocnieniem. Tu zaczynają odgrywać pierwsze skrzypce Sławek Uniatowski, który cudownie odnalazł się w repertuarze pomiędzy pop a jazz, Michał Szpak, który na albumie „Dreamer” jakby zdał sobie sprawę, że piękną melodią wygra więcej niż kontrowersją (choć całkowicie się Michał z Tobą zgadzam – wrogów trzeba mieć). Bardzo ciekawe ruchy wykonuje też Natalia Szroeder – kto słyszał jak śpiewa na płycie z kolędami Wojciecha Młynarskiego, której siłą sprawczą był jeden z najbardziej zapracowanych ludzi w tym roku – Jan Emil Młynarski – ten zada sobie pytanie: Natalia, kiedy cała taka płyta? Po co te skoczne radosne piosenki radiowe skoro ma się taki potencjał? A może w połączeniu dwóch światów siła? Jeśli to prawda, że szykujesz się na Eurowizję to trzymam kciuki. Wiele, naprawdę wiele mówi, że rok 2019 może być Twój.

Koncerty: drożyzna nas zabije

Na koniec najważniejsze zjawiska: zmiany na rynku koncertowym. Podsiadło, Taconafide przenoszą znów polską muzykę do wielkich hali. Miuosh bierze ją nawet na stadiony, bo na wyprzedanym Śląskim pojawi się za rok. Stadiony okupowane są przez zachodnie gwiazdy, które je zazwyczaj wyprzedają. Ale nawet w świecie poprawiającej się gospodarki należy sobie zadać pytanie: jak dużo imprez z cenami za bilety na poziomie 250-400 złotych jest w stanie wytrzymać polski rynek? Czy nawet w dobie 500 + wyjście rodzinne na koncert gwiazdy jest możliwe, skoro za same wejściówki familia w modelu 2+2 wydać około 1500 zł? Pytania czy lepiej zrobić to, czy dołożyć do all incluziv mogą położyć w 2019 roku któryś z wielkich koncertów. Bo w to, że ceny spadną – patrząc na nasz rynek – należy mocno wątpić.

Mamy w świecie filmowym coraz więcej artystów, którzy na poziomie globalnym odgrywają rolę, ciągle ich brak w muzce. Oczywiście, Pawlik i Behemoth to są marki, ale – przez analogię – wciąż nie tak wyraziste jak „Zimna wojna”. Tego, czego brakuje to nie zdolnych ludzi czy pomysłów, ale środków i programu. W muzyce nie ma odpowiednika PISFu. Sprowadzając na koniec do brutalnych cyferek: jeśli w bilansie płatniczym chcemy w handlu dźwiękami wychodzić na plus, to czas taki program wdrożyć. Tu ani spółki skarbu państwa, ani spółki globalne nie pomogą. A o tym, że to się opłaca nikogo, kto patrzy na eksport polskiej kultury filmowej przekonywać nie trzeba.