Nie ma żartów, bo biznes jest ogromny. Koncerty Beyonce potrafią przynosić nawet pół miliarda dolarów przychodu rocznie, więc do sprawy artystka, menadżerowie i wszyscy wokół przygotowują się kompleksowo. Nawet jeśli w świat idzie komunikat, że „Beyonce just dropped new album” (tak anglojęzyczna prasa opisuje przypadki, kiedy ukazuje się album-niespodzianka) mamy do czynienia ze starannie wyreżyserowaną akcją.

Beyonce jest też niezwykle utalentowaną piosenkarką i nie tylko – do zawodu „gwiazda pop” przygotowana jest kompleksowo, poświęcając godziny dziennie na doskonalenie śpiewu, tańca, dopracowując elementy sceniczne i scenografię.

Problem w tym, że „Homecoming”, który trafił jako zbiór nagrań live na platformy streamingowe jest przeraźliwie nudny. Nie zaskakuje, nie przynosi niespodzianek, a na poziomie „Greatest Hits z oklaskami” starannie nie przykuwa naszej uwagi, a momentami nuży. Paradoks pokazuje, że o występnie Beyonce na festiwalu Coachella w ubiegłym rokuj było niezwykle głośno. Mówiło się tym, jak koncert wyglądał, że wszyscy wyciągali smartfony. Ważny był emocjonalny przekaz artystki, powracającej w istotne dla niej miejsce. Jednak po oderwaniu od błyskotek i atmosfery histerii okazuje się, że królowa jest naga, a płyta nie ma w sobie tego napięcia, które wytworzone jest na płytach studyjnych.

Daje nam też to smutny obraz naszych czasów, w których ważniejsze jest otagowanie nagranego z 50 metrów, trzęsącą się ręką, z piskami fanów, filmu i zebranie serduszek i kciuków niż przezywanie dźwięków czy to na poziomie tańca, czy zbiorowej emocjonalnej podróży. Na „Homecoming” zadbano o wszystko oprócz emocji, jakie ma nieść muzyka.

Tym, kogo pasjonuje fenomen Beyonce warto odesłać do filmu Netflixa, na którym widać. Fanów muzyki odsyłamy do płyt studyjnych. O „Homecoming” jako osobnym krążku warto zapomnieć.