Renata Przemyk znów odjazdowa
Na nowej płycie „Odjazd” Renata Przemyk na dobre wraca do fortepianu, gitary, kameralnych klimatów ze szczyptą elektroniki. Jednym się spodoba ta niespieszność, jak poprzedni „Unikat”. Inni jej konsekwencję uznają za wielkie nudziarstwo i krok w tył.
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Przemyk jest pewnego rodzaju fenomenem. Utkwiła między piosenką poetycką a alternatywą, gdzieś między spuścizną Ewy Demarczyk, Agnieszki Osieckiej i punk rocka. Tych, którym przeszkadza jej zawieszenie stylistyczne, denerwuje recytatorskie zacięcie z natężeniem serwowane na kolejnych płytach, nagranych już po świetnym „Hormonie” i „Andergrancie”. Wkurza patos towarzyszący tekstom Anny Saranieckiej (np. na „Zamalowanej twarzy” z najnowszej płyty), klimat jak z przeglądów piosenki aktorskiej – też nuży. Ale to za Przemyk od lat jeżdżą te same fanki i fani niezrażeni brakiem obecności idolki w mediach. Ani jej milczeniem spowodowanym chęcią zaistnienia trochę w muzyce teatralnej („Balladyna” sprzed 7 lat, „Odjazd”) i filmowej, a trochę – pragnieniem poeksperymentowania z rockiem i elektroniką. Po niezbyt udanej „Bliźnie” (2001), późniejszej „The Best Of” (2003), na której śpiewa z Nosowską „Kochaną”, i ostatnim dobrym albumie „Unikat” Przemyk wraca do gry, uparcie trzymając się pobocza polskiej piosenki. I mimo że jest programowo niekomercyjna, powtarzalna i spowalniająca – w dziwny sposób jakoś tym wygrywa.
Jedno jest pewne – Przemyk nie nagrywa płyt, których musiałaby się wstydzić. To jedna z nielicznych na polskiej scenie indywidualistek, których płyty osiągają status złotych, co samo w sobie jest wyczynem. Nawet tak dziwaczny jej krążek jak „Blizna”, będący dość niezdarnym ukłonem w stronę pseudopunku (jak np. Guano Apes), ma w sobie moc i niemal dydaktyczną wierność dawnym ideałom. I mimo że to nie moja bajka, dwupłytowy „Odjazd” oceniam jako cenną próbę podtrzymania tych ideałów. I jako nieco oddaloną od rzeczywistości opowieść o wielkim, niemodnym smutku. Leciutko podrasowaną elektroniką i loopami (płytę realizowali na różnych etapach m.in. Sebastian Bernatowicz, Marcin Bors znany ze współpracy z Kasią Nosowską, Leszek Łuszcz i Piotr „Lala” Lewicki z Pudelsów), ale wciąż z dominującą kameralną nutą. Kto to kupi – będzie musiał kupić w całości, ze wszystkimi jej dłużyznami, żałobną melancholią, wysmakowanymi aranżacjami i surowością głosu artystki.
Choć płyta jest nierówna i załamuje się gdzieś w połowie na zawodzących, klezmerskich „Jak tu wybaczać”, „Małym niebie” i „Zamalowanej twarzy”, w dziwny sposób hipnotyzuje. Wprowadza w muzyczny letarg, i mimo że tak intymna, z potężną siłą niesie nas gdzieś w tył czasu. Choć zbyt oczywiste teksty Saranieckiej nie pozostawiają miejsca na niedopowiedzenia, „Odjazd” broni się zupełnie osobnym typem nostalgii, dobrymi melodiami i perfekcyjną produkcją. Artystka wprawdzie nie przestaje nas nawracać, wałkując te same tematy w ten sam sposób: śpiewa o rozterkach moralnych, Bogu i nieuchronności losu. Ale trudno jej robić z tego zarzut, bo na tym ufundowała swoją twórczość.
Bo Przemyk jak najświadomiej nie idzie z duchem czasu i w przeciwieństwie do swojej koleżanki ze wspólnego nagrania „Kochana” nie otwiera się tak łatwo na muzyczne nowości. Ale w tym jednym, jedynym przypadku można wyjątkowo uznać to za rodzaj zalety.













































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!