"One Life Stand"
Hot Chip
Wyd. EMI 2010
Ocena 5/6



Nie wiem, za co inni fani kochają Hot Chip. Ja, odkąd po raz pierwszy usłyszałem utwory z ich przełomowego albumu „The Warning” sprzed czterech lat, cenię ich za to, że potrafili połączyć popową, beatlesowską niemal melodyjność i wrażliwość z niespotykaną wyobraźnią brzmieniową. Tak jak brytyjski kwintet nie brzmi nikt, co naprawdę nie jest proste w czasach, w których każdy może pichcić muzykę na domowym pececie.

Apogeum tej tęczowej twórczości była poprzednia płyty Anglików „Made In The Dark” po brzegi wypełniona drastycznie różnymi inspiracjami - od rytmów disco po wściekłe syntezatory rodem z rave'owych nawalanek.

"Na poprzednim albumie wszystko, co robiłem, musiało być niespotykane. Chciałem, żeby każdy utwór był inny, a cały album miał być przejażdżką rollercoasterem. „One Life Stand” miał być spójny i naturalny" - tłumaczył w niedawnym wywiadzie dla portalu Pitchfork lider zespołu Alexis Taylor.

Wyciszenie kwintetu nie powinno jednak dziwić nikogo, kto śledzi karierę Anglików. Wszak w ostatnich latach jawią się oni jako najciężej pracujący muzycy sceny alternatywnej. Od czasu wydania „The Warning” zdążyli nagrać kolejne dwie płyty, EP-kę z udziałem Roberta Wyatta, cover uworu „Cape Cod Kwassa Kwassa” Vampire Weekend z udziałem Petera Gabriela. Nie wspominając o udanych solowych płytach liderów bandu Alexisa Taylora i Joe Goddarda oraz wielomiesięcznych trasach koncertowych na całym świecie.


Po pierwszym odsłuchu „One Life Stand” wydaje się dość przeciętny. Gdzie się podziały te syntezatorowe fajerwerki i niespodziewane zwroty akcji? Co się stało z zabójczymi groove'ami znanymi z takich numerów jak „And I Was A Boy From School” czy „Over And Over”? Szybko jednak okazuje się, że z czwartą płytą Anglików jest trochę jak z wizytą w zimnym basenie po godzinie spędzonej w komorze kriogenicznej - woda pomimo niskiej temperaturze wydaje się gorąca. Z każdym przesłuchaniem „One Life Stand” zyskuje, a wolniejsze tempa i stonowane, bardziej wyważone melodie okazują się kolejnym naturalnym krokiem w szaleńczej karierze Hot Chip. O ile otwierający płytę „Thieves In The Night” nie powala, jawiąc się jako przyzwoity elektropopowy numer jakich wiele, czerpiący garściami z dokonań Kraftwerk, to już na „Hand Me Down Your Love” czuć nieoczywistą z początku przebojowość. Mocne akordy fortepianu staccato, przypominające house'owe produkcje z początku lat 90., w towarzystwie egzotycznego akompaniamentu steel drums rozwijają się w melancholijny refren podparty smykami i łkającym głosem Taylora. Im dalej w las, tym więcej smaczków - bo mimo braku dźwiękowego kubizmu kwintet ciągle potrafi zaskakiwać. Tak jak w „Slush” - romantycznej ballady na trzy czwarte z Alexisem brzmiącym niczym jodłujący pacjent szpitala psychiatrycznego.

Ale nie tylko melancholią nowy album Hot Chip stoi. Jest tu kilka numerów, przy których nie sposób usiedzieć - na czele z tytułowym „One Life Stand” brzmiącym jak połączenie disco z karaibskim folkiem i jakimś zaginionym songiem Johna Lennona.

Członkowie zespołu twierdzą, że jedną z ich inspiracji była debiutancka płyta Susan Boyle. To oczywiście żart (choć w wywiadach Taylor twierdzi, że do napisania utworu „One Life Stand” zainspirowały go smyki z musicalowego „Les Misérables”, dzięki któremu szkocka wokalistka zabłysnęła w brytyjskim „Mam talent”), ale chyba żaden zespół alternatywny nie zbliżył się tak bardzo do popowej przystępności, pozostając jednocześnie wiernym swojemu unikalnemu brzmieniu.