To co się z tobą działo przez ostatnie 10 lat?

Mike Muir: Miałem poważne problemy z kręgosłupem i musiałem zawiesić działalność Sucidal Tendencies. W 2003 roku przeszedłem pierwszą operację i po dwóch latach rehabilitacji podjęliśmy próbę powrotu na scenę. Zagraliśmy kilka koncertów, ale znów wylądowałem na stole operacyjnym. Potem przeprowadziłem się z żoną do Australii i przez kolejne dwa lata znów pracowałem nad sobą. Kiedy w 2007 roku pojawiły się zaproszenia na europejskie festiwale, zwołałem zespół i wzięliśmy się do roboty. Ale nie zamierzam teraz brać nikogo na współczucie, tylko chcę pokazać, w jakiej jesteśmy świetnej formie. Mamy też nowy materiał, planujemy wznowienie kilku starych albumów i wydawnictwa koncertowe.

Sądzisz, że znajdziecie dziś publiczność zainteresowaną waszą muzyką?

Oj, zdziwiłbyś się, jaką mamy frekwencję na koncertach. Przychodzą całe rodziny – w Arizonie jedna liczyła 27 osób razem z kuzynkami, ciotkami, wujkami. Zaprosili mnie do wspólnego zdjęcia, bo uznali, że jestem częścią ich rodziny. Podobnie w San Jose podeszło do mnie czterech gości – pradziadek, dziadek, ojciec i syn, czyli już cztery pokolenia naszych fanów! Natomiast w Europie gramy na dużych imprezach, gdzie przychodzą 15-latkowie, których nie było jeszcze na świecie, kiedy graliśmy, i dziękują mi za to, że ich rodzice poznali się na koncercie Sucial Tendencies.

Niedawno ukazała się wasza składanka best of. Większość utworów pochodzi z początku lat 90. To był najlepszy okres w waszej karierze?

Mówisz o płycie wydanej przez Sony? Sorry, stary, ale nie mam z nią nic wspólnego. Została wydana bez naszej zgody i są na niej tylko piosenki, które oni mieli w katalogu. Nigdy bym się nie zgodził na coś takiego, bo nie jesteśmy gwiazdą kilku przebojów. Dla nas ważne są całe płyty, z których każda jest inna. Na początku wyśmiewano nas, że nie potrafimy grać. Potem staliśmy się ulubieńcami wszystkich, a po kontrakcie z Sony zarzucano nam, że się sprzedaliśmy. Ale my zawsze robiliśmy swoje, wbrew modzie i oczekiwaniom fanów. Graliśmy ciężko i szczerze.

Ale mieliście nawet swego czasu teledysk w MTV.

Tak, ale wtedy rynek był inaczej zorganizowany. Bardziej liczył się głos widzów i słuchaczy niż format radia czy telewizji. Pod koniec lat 80. nasze piosenki były grane w czterech największych rozgłośniach, bo ludzie sami tego chcieli. Na fali tej popularności udało nam się wpuścić do MTV teledysk „Possessed to Skate”. Po kilku tygodniach zobaczył go jeden z właścicieli stacji i tak się wkurzył, że kazał go natychmiast zdjąć, i od tego czasu zniknęliśmy.

Jak radziliście sobie z tymi zarzutami sprzedania się?

Zawsze miałem to gdzieś. Kiedyś przed koncertem w hali na 2 tysiące osób w St. Louis podszedł do mnie koleś i mówi – jesteście do niczego, nie powinniście tam występować. Spytałem go – to gdzie mamy grać? Wskazał mi obskurny bar za rogiem i powiedział, że tam są prawdziwi ludzie i dla nich mamy grać. Wtedy się zdenerwowałem i spytałem, czy mam zamontować przed wejściem elektroniczną bramkę, która będzie sprawdzała jak na lotnisku, kto jest prawdziwy, a kto nie? Co to w ogóle znaczy, że ktoś jest prawdziwy czy nie? Ważne, żeby słuchał mojej muzyki.

Byliście utożsamiani w Stanach z jakąś subkulturą albo grupą społeczną? Bo na zdjęciach wyglądacie jak biali gangsta raperzy!

Wiesz, po prostu tak się chodziło – kraciaste koszule, sportowe koszulki, czapki, bandany, szerokie spodnie, bojówki. Zabawne, że w tamtych czasach taki styl mieli nawet ludzie pokazywani w kronikach policyjnych. Nie kopiowaliśmy gangsta raperów, bo jeszcze wtedy nie było nawet N.W.A. Natomiast punkowcy zaczepiali nas i pytali – jak wy wyglądacie, gdzie są wasze skóry i irokezy? A ja tłumaczyłem, że scena to nie jest wybieg na pokaz mody. Mieliśmy próby akurat na tyłach sklepu skate’owego, więc ubieraliśmy się tak jak większość naszych kumpli, którzy się tam kręcili. Nie przebieraliśmy się przed występem i pokazywaliśmy w ten sposób ludziom, że mają być sobą, trzymać się swojej ekipy i dobrze się bawić.

Masz za złe basiście Robertowi Trujillo, że pod koniec lat 90. zostawił waszą ekipę i przeszedł do Metalliki? Jest szansa, żeby znów z wami zagrał?

Nie sądzę, żeby znalazł na to czas, w końcu gra w największym zespole w historii. Strasznie się cieszę, bo sam przepowiedziałem mu taką przyszłość. Kiedyś mieliśmy wspólnego menedżera z Metalliką i graliśmy suport na trasie. Widziałem, jak traktują w zespole Jasona Newsteda, i jego odejście było tylko kwestią czasu. Natomiast Robert był doskonały technicznie, mieliśmy przecież nawet wspólny funkowy projekt Infectious Grooves. Zacząłem wszystkim mówić, że na pewno wskoczy do Metalliki, jak tylko zwolni się miejsce. I za kilka miesięcy tak się stało. Nasze relacje zmieniły się, bo on zaczął jeździć po świecie, ma też żonę i dzieci we Francji, więc w USA bywa rzadziej niż ja. Ostatni raz wiedzieliśmy się w listopadzie na koncercie na rzecz basisty Deftones i dobrze nam się rozmawiało o jego rodzinie. Wiesz, wciąż jest dla mnie prawie jak brat.

SUICIDAL TENDENCIES, 30 marca Warszawa, klub Stodoła