Scarlett Johansson już przestała być cool, szczególnie po ostatniej marnej płycie z Peterem Yornem. Juliette Lewis pechowo postawiła na rockową karierę i zespół The New Romantics. W związku z tym najwyższy czas na nową bohaterką młodej Ameryki - Zooey Deschanel, zjawiskową brunetkę o uroku nastolatki oraz prawdziwą królową stylu retro. Przez ponad dziesięć lat ukrywała się na ekranie, grając epizodyczne rólki, a pisane przez siebie piosenki chowaka do szuflady. Jednak ten rok powinien należeć do niej.

Z kapeluszem na oczach

Jej wspólny projekt z muzykiem folkowym M. Wardem, założony trzy lata temu, miał nową odsłonę na tegorocznym festiwalu South by the Southwest w Teksasie. Specjalnie na tę okazję na scenie towarzyszył artystce siedmioosobowy skład, który wyglądał jak rodzinna kapela country, a ona sama ubrana była w prostą czerwoną sukienkę i kapelusz naciągnięty na oczy.

W tej oprawie świeże utwory wypadły może trochę surowo i ludycznie, ale czuć było w nich przebojowość. Natomiast na wydanym właśnie "Volume Two" zabrzmiały już jak elegancki pop z lat 60. w stylu The Beach Boys czy Phila Spectora. Wystarczy posłuchać "Don’t Look Back" ze wspaniałymi męskimi chórkami czy "Thieves" z romantycznymi aranżacjami sekcji instrumentów smyczkowych, żeby ulec nastrojowi.

Zooey i M. Ward nie przestają przekopywać się przez tradycję amerykańskiej piosenki – od musicali takich jak "Sound of Music" przez dorobek Patsy Cline, Loretty Lynn czy nawet Nancy Sinatry aż po Fleetwood Mac. Nie zabrakł coverów "Gonna Get Along Without You Now" Skeetera Davisa i "Ridin’ in My Car" NRBQ. Może nie znajdziemy tutaj ani jednego nowego dźwięku, ale ten muzyczny pastisz jest genialny w swojej prostocie.


Sama sterem i okrętem

Można by pokusić się o porównanie "Volume Two" z ostatnim albumem Charlotte Gainsbourg "IRM", przy którym pomagał jej Beck. Jednak Zooey ma taką przewagę, że nie tylko ma znacznie ciekawszy głos, ale też sama pisze i komponuje wszystkie utwory. Nie jest tylko aktorką, która wciela się w rolę piosenkarki i próbuje bez emocji odnaleźć się w różnych konwencjach. Raczej z pomocą M. Warda ma szansę zupełnie naturalnie snuć swoje opowieści.

Miejscem, do którego najczęściej powraca we wspomnieniach, jest jej rodzinne Los Angeles. Na początku w "Home" z niekrytą dumą wyznaje nawet: "Kalifornijczycy to wspaniały naród". Natomiast większość jej historii dotyczy tradycyjnie typowych spraw damsko-męskich, jak chociażby w beztroskim singlu "In the Sun" czy w pięknej kołysance na koniec "If You Can’t Sleep", oraz uczenia się życia na błędach, jak w country'owym "Lingering Still" z przygrywającą w tle mandoliną. Po prostu tak jak w jej ostatnich filmach: "500 dni miłości" i "Gigantyczny", znów jest zupełnie bezpretensjonalną amerykańską nastolatką, której nie sposób nie polubić.

Pewnie ta płyta nie odniesie spektakularnego komercyjnego sukcesu, ale Zooey chyba na to nie liczy. Powoli budowała pozycję jako aktorka – pojawiała się w epizodycznych rólkach w serialach i hollywoodzkich produkcjach ("U progu sławy", "Autostopem przez galaktykę", "Zabójstwo Jessego Jamesa", "Zdarzenie"), ale większy nacisk kładła na dobre produkcje niezależne typowe dla festiwalu w Sundance. Jej muzyczna kariera nabiera teraz tempa, choć Deschanel ceni sobie bardziej wyrobioną publiczność z SXSW i festiwalu Coachella niż widzów MTV. Bo jak twierdzi: "Lepiej nie pchać się przed szereg, jeśli nie ma się nic wielkiego do powiedzenia".

"Volume Two" She & Him, Merge/Sonic