Rozmawiamy kilkadziesiąt minut po premierze filmu „Beats of Freedom. Zew wolności”. Jak wrażenia? Czy ten film wiernie oddaje klimat tego, co działo się muzycznie za komuny?

Lech Janerka: Wszystko, co związane z latami 80., odbieram – mimo upływu czasu – bardzo emocjonalnie. To były ekstremalne lata i oczekiwałem, że i film będzie ekstremalny. Nie był, może i dobrze… Sam już nie wiem… W filmie brakowało kilku zespołów – Brak, Śmierć Kliniczna czy Miki Mausoleum. Szkoda, bo coś bezpowrotnie umknęło. Ich niewyspekulowany przekaz był momentami wstrząsający. To właśnie było studium psychiki człowieka tamtych lat. Lat, kiedy przegięcie pały było już nie do zniesienia, a trzeba było sobie z tym radzić. Jestem fanem tych starych zespołów, bo oni byli prawdziwymi ideowcami – nie mieli choreografa, mejkapisty ani menedżera. Sami robili muzykę i pisali swoje teksty, wierząc, że dzięki nim zmienią świat. Ba – często też sami, tak jak ja, musieli robić własne instrumenty.

Ten wątek pojawia się w filmie – mówisz w nim o gitarze, którą ponoć sam wystrugałeś.

Tak, zrobiłem ją z kwietnika, a gryf wziąłem ze starego polskiego basu. Totalnie nie stroił, więc wyrwałem progi i zrobił się bezprogowiec. Przetworniki kupiłem na pośmiertnej wyprzedaży dziwnego muzyka. Dominik Wit się nazywał. Ciekawa historia – gość był świetnym tubistą jazzowym. Na nic nie chorował, ale kiedy przyszedł stan wojenny, zszedł ze zgryzoty. Smutna historia. W każdym razie ten mój bas teraz znajduje się w jakimś muzeum rocka, ale kiedyś był na tyle sprawny, że nagrałem na nim półtorej płyty. Pogonił mnie dopiero nieoceniony Leszek Kamiński przy okazji pracy nad płytą „Ur”. Tam były partie na bezprogowiec i ta moja biedna gitara już się do tego nie nadawała. Pożyczyłem bas od Krzyśka Ścierańskiego. Ukłony!

Sporo się w tym filmie mówi o cenzurze, ale myślę sobie, że dziś też mamy do czynienia z cenzurą, tylko zawoalowaną. Chodzi mi o stacje radiowe, w których rzadko słyszę twoją muzykę, albo o autocenzurę, jaką nakładają na siebie sami artyści – ciągle brakuje otwartości na nowe rzeczy.

Tu bym nie demonizował. Nie sądzę, żeby to było nienormalne. Jak ktoś wraca do domu po 16 godzinach pracy w korporacji, to nie ma ochoty słuchać jakiegoś fisia drącego mordę w imię mętnej sprawy. Ma ochotę na cycatą blondynkę/bruneta, przy której/którym nie trzeba myśleć. Moja muzyka jest męcząca. Kilka lat temu studenci myśleli, że umarłem, i zrobili w Krakowie galę Lecha Janerki. Słyszałem swoje numery wykonywane przez innych artystów. Doszedłem do wniosku, że są naprawdę niełatwe w odbiorze.

Wracając jeszcze do „Beats Of Freedom”. Ten film jest o buncie przeciw opresyjnej rzeczywistości. Dziś nie ma potrzeby stawiania oporu, bo nie ma już komuny. O czym dziś warto śpiewać? Bo mam wrażenie, że większość artystów nie za bardzo się nad tym zastanawia.

To jest pytanie, które zawsze zadaję sobie przed nagraniem kolejnej płyty, i nigdy do końca nie wiem. Robienie muzyki to domena ludzi o większej wrażliwości niż reszta społeczeństwa, które generuje różne naciski na jednostkę. No i jak ta wrażliwa jednostka zapiszczy pod ciężarem nacisków, to czasem warto to zarejestrować. Chyba na tym to polega. Można śpiewać o wszystkim – nawet o suficie – i może to być wzruszające. To tylko kwestia podejścia, kontekstu i czarów.


W zeszłorocznym wywiadzie dla „Dziennika” mówiłeś: „Za każdym razem, kiedy myślę o nowej płycie, przypomina mi się opowiadanie Cortazara o diwie operowej, której wydawało się, że ciągle potrafi śpiewać, a nie potrafiła...”. Boisz się nowej płyty?

Ja się boję co trzy płyty – pierwsze dwie miałem zupełnie gdzieś, przy trzeciej się bałem, a potem było na przemian. Moim atutem zawsze było to, że miałem spory dystans do tego, co robię. Często po okresie wytężonej pracy nad płytą odkładałem ją na jakiś czas i potem słuchałem jej jak płyty nieznanego mi zespołu. Potem na zimno ją recenzowałem i wprowadzałem poprawki. Dziś coraz częściej tracę ten dystans.

Bolą cię niepochlebne recenzje?

Nie, ja nie zakładam, że recenzje mogą być złośliwe, nie mam z tym problemu. Tym bardziej że te piosenki nie są przecież dla mnie, tylko dla ludzi. One są dla mnie wtedy, gdy je piszę. Inna sprawa, że brakuje mi u nas dobrych recenzentów erudytów, którzy potrafią uzasadnić, dlaczego coś jest warte posłuchania albo nie.

Rozmawiałem przed tym wywiadem z kolegami z redakcji, z których część również zajmuje się tworzeniem muzyki, i doszliśmy do wniosku, że jesteś jedynym przedstawicielem muzyków starszego pokolenia, którego twórczość nas obchodzi. Jak udało ci się nie obrosnąć w tłuszcz i piórka?

To komplement, dziękuję! Ciągle wykonuję na koncertach piosenkę „Klus Mitroh”. Pojawia się tam taka fraza: „Goni nas lukratywny wieprz i wszystkim życzymy, źle nam z oczu patrzy”. Pamiętam, jak Marcin Świetlicki opowiadał, że nie wiedział, jak tę frazę sklasyfikować, i zapytał o nią swojego profesora z polonistyki. Ten mu na to, że to niecodzienna figura, ale znana już od czasów starożytnego Rzymu. Żal. Ciągle to pamiętam, bo właśnie istotą tworzenia jest ciągłe rozwijanie się, próba przekraczania swoich ograniczeń – wymyślania się na nowo. Nie ma sensu uleganie lukratywnemu wieprzowi, który ciągle nas goni. Schlebianie masowym gustom jest łatwe i nudne. Nie ma co ukrywać, że miałem też dużo szczęścia, bo przecież moja pierwsza płyta okazała się hitem, więc automatycznie pojawiły się pieniądze – na tyle duże, że nie musiałem martwić się o czynsz, jedzenie i papierosy. To z jednej strony rozwydrza, a z drugiej jest błogosławieństwem. Myślisz sobie – po co się spieszyć? Przeczytaj sobie jakąś dobrą książkę, spróbuj się czegoś dowiedzieć o sobie i świecie, a jak dojrzejesz, to nagrasz kolejną płytę. Teraz właśnie dojrzewam – mam tam jakieś pomysły, ale jak na razie to są błahe rzeczy – banalne nawet, więc się nie wychylam. Nie wierzę w kreatywność bez końca – może Kantor miał taką umiejętność? Jeszcze Rimbaud przychodzi mi do głowy, choć ten przestał pisać w wieku 17 lat (śmiech). Może Lem albo Kołakowski? To są bardzo rzadkie przypadki. A w obszarze rocka kreatywność „do śmierci” to ponury żart.

Chcesz przez to powiedzieć, że możliwe jest, że twoja nowa płyta nigdy nie powstanie?

Jest taka możliwość. W końcu ogólna energia nie sprzyja obecnie rockowi – trochę to gitarowe szaleństwo przygasło. Poza tym nie jestem urodzonym muzykiem. Nie mam wykształcenia muzycznego – mam oczywiście pojęcie o harmonii czy frazowaniu, ale to są rzeczy, których nauczyłem się z czasem i bardzo trudno mi to przychodziło. Nie mogę więc dowolnie żonglować stylistykami i pomysłami, bo jestem trochę ograniczony technicznie. Poza tym nie przepadam za swoim głosem.

To chyba dość powszechne wśród wokalistów. Nosowska przez wiele lat nie była w stanie słuchać swojego głosu.

No tak – ponoć nawet Lennon też nie cierpiał swojego głosu. Trudno jest tworzyć jakieś nowe rzeczy, kiedy ich śpiewanie jest przykrym doświadczeniem. Ja przez pierwszą dekadę swojej kariery nie śpiewałem na próbach – tak nie lubiłem swojego wokalu. Na koncercie się spinałem – wychodziłem i dawałem z siebie wszystko, ale na próbach nie było o tym mowy. Myślę, że to wynika trochę z artystycznej próżności – chcemy być bogami. Marzy nam się, że to co stworzymy, będzie od razu ostateczne, a często nie jest. Teraz zdarza mi się śpiewać na próbach, ale ciągle myślę, że lepiej śpiewanie zostawić na koncerty – żeby te emocje były świeże, niewytarte próbami.


A nie kusiło cię nigdy, żeby te maleńkie wskrzeszenia z twojej najbardziej znanej piosenki, stały się wskrzeszeniami permanentnymi? Kiedy zobaczę cię w reklamie? Skoro Waglewski i Majchrzak już pękli... Może wystąpiłbyś np. w reklamie auta, którym się ostatnio rozbijasz?

W reklamach występuje się dla pieniędzy. I tyle. Ci od auta, którym się akurat, jak mówisz, „rozbijam”, jakoś się nie reklamują. Zrobili kiedyś taki film gangsterski, gdzie trzy autka grały główną rolę.

Miałeś jakieś poważne propozycje?

Od Warzywka miałem (śmiech) i z banku, którego nazwy nie pamiętam. Poleciłem im Wojtka Waglewskiego, a on z tego ładnie wybrnął. Miałem kilka konkretnych propozycji, ale się nie zgodziłem. Mnie nadmiar pieniędzy by zdegenerował. Trzeba być wirtuozem, żeby być odpornym na czar mamony – to chyba ma się w genach. A ja tych genów nie mam. Po nagraniu pierwszej płyty sądziłem, że dostanę za nią tyle kasy, że już do końca życia nie będę się musiał kontaktować z ludźmi...

To dosyć smutne. Tak bardzo ci przeszkadzają inni ludzie?

To może głupio zabrzmieć w ustach starego chłopa, ale mam z tym kłopot. Przeraża mnie myśl, że muszę gdzieś wyjść i spotykać się z czymś, czego nie akceptuję. Trzy lata temu uszkodziłem sobie kręgosłup, więc już zupełnie nie miałem ochoty wychodzić z domu. Z nudów kupiłem sobie to auto i zrobiłem prawo jazdy.

A to prawda, że przyszedłeś na egzamin wstawiony?

No tak – to był czas, kiedy piłem butelkę wina codziennie i nawet nie wiedziałem, że coś jest nie tak. A tu z poprzedniego popołudnia zostało. Ale cicho sza! To było słabe. W schowku wożę alkomat.

A wracając do pieniędzy – jesteś teraz bohaterem w światku polskich muzyków niezależnych. Ma to odzwierciedlenie w finansach?

My z żoną tak naprawdę ciągle jesteśmy blokersami – żyjemy w małym gównianym mieszkanku przy hałaśliwej drodze i ten samochodzik to właściwie nasz jedyny eksces. Pomijam fakt, że byliśmy tak odizolowani od rzeczywistości, że przez większość kariery graliśmy za marne grosze. Dopiero kilka lat temu jeden z kolegów powiedział mi, ile bierze za koncert i oczy mi się otworzyły. Jak wspominałem, nie mam parcia na kasę, ale jednak są sytuacje, w których warto mieć jakieś zabezpieczenie. Uzmysłowiłem sobie to, gdy parę lat temu moja żona zachorowała, a tu zero ubezpieczenia, zero wsparcia. Ćwierć wieku grania i nie mam pieniędzy na leczenie żony – wtedy się lekko przeraziłem. Ostatnio jest z tym lepiej, więc na emeryturze będziemy mieli chyba co jeść, ale wciąż finanse nie są dla nas priorytetem.

Jesteś też pionierem home recordingu, bo na twoich płytach z początku lat 90. pojawiają się ścieżki nagrywane w domu. Tę nową też będziesz tak nagrywał?

To prawda – już „Ur” w dużym stopniu powstało w domu. Pamiętam, w 1987 roku Krzysiek, gitarzysta Klausa Mitffocha, przywiózł ze Stanów genialną maszynę perkusyjną Yamaha RX5. Można było na tym kombinować z obwiedniami dźwięku, co na ów czas było naprawdę nowością. Nagle okazało się, że można tamburyn obniżyć o dwie oktawy i to brzmi księżycowo. Pamiętam, że tak się w to wkręciłem, że nawet raz ułożyłem całą harmonię z tych tamburynów. Zastępowały gitarę rytmiczną. Niedługo potem podobny zabieg usłyszałem na płycie Petera Gabriela... Zrobiłem na tej maszynce ze cztery utwory – bawiąc się jak dziecko. Nie mam umiaru w tych sprawach, a to czasochłonne, więc powiedziałem, że to nie dla mnie. Cześć rzeczy powstaje w domu, ale studio jest na pewnym etapie nieodzowne.

A nie czujesz się samotny? Bo to, że jesteś wyspą na mapie polskiej muzyki, jest twoim atutem, ale też musi czasem doskwierać – taki ciągłe bycie outsiderem.

Nie chcę wyjść na mądralę megalomana, ale znowu zacytuję siebie, bo to zdanie odpowiada na to, o co pytasz: „I cieszę się, że jestem sam. Samotnie łatwiej myśleć”. To z „Ur”. Jestem gościem, który spokojnie dałby się zamknąć w kapsule wystrzelonej w kierunku obłoku Magellana. Oczywiście z Bożeną.

Sądzisz, że dzięki tej izolacji jesteś taki skuteczny w diagnozowaniu ludzi za pomocą swoich tekstów? Izolacja zapewnia ci ten dystans?

Coraz mniej niestety mam tej koncentracji pozwalającej na zdystansowany ogląd rzeczy, ale owszem, to zapewne za sprawą tego oddalenia od natłoku ludzi, spraw i bodźców miałem możliwość spokojnego przyglądania się światu. Przez wiele lat ta koncentracja była wręcz na granicy medytacji. Oczywiście nigdy nie ubierałem tego w wielkie słowa i nie dorabiałem ideologii, ale tak to wyglądało.

Skoro jesteśmy przy ideologii – od zawsze odżegnywałeś się od religii, ale trudno ukryć, jest w twojej postawie sporo elementów buddyzmu – ta nonszalancja w stosunku do kwestii materialnych, zrównoważenie i elementy pogodnej filozofii w tekstach...

Może i moje podejście do życia ma coś wspólnego z buddyzmem, ale nigdy o tym nie myślałem w ten sposób. Nie potrzebuję religii do życia – potrzebny mi spokój. Ten generuję izolacją. Niestety, im dłużej żyję, tym bardziej jestem przekonany o tym, że świat generalnie jest zły. Mam nadzieję, że to tylko jedna z moich fobii, że po prostu brakuje mi jakiegoś pierwiastka, tak jak w opowiadaniu, które kiedyś czytałem. Jego bohater miał przerąbane życie – draka goniła drakę. Poszedł do lekarza, a ten mu mówi, że brak mu pewnego mikroelementu i że sprawę załatwi ogólnodostępny lek za dolara pięćdziesiąt. Facet bierze ten lek i widzi, że jego całe dotychczasowe życie było pomyłką. I strzela sobie w łeb...


Wciągu ostatnich dwóch lat trochę się ruszyło nad Wisłą w kwestii ciekawych zespołów – pojawiali się nagle ludzie śpiewający z sensem po polsku. Masz jakąś teorię na tę falę nowych artystów?

Myślę, że nie ma w tym wielkiej filozofii – ot, ludzie zmęczyli się już biesiadnymi przyśpiewkami puszczanymi przy okazji weekendowego grillowania i zwyczajnie chcą czegoś świeżego. Oczywiście większość ciągle ma gdzieś, czego słucha, ale nie wiem, czy można od jakiegokolwiek społeczeństwa wymagać, żeby ono się nieustannie kształciło, poszukiwało i nawiedzało się sztuką. To działa wedle prostych zasad – coś staje się popularne, potem jest eksploatowane, a później się nudzi i trzeba czegoś nowego. Problem tylko w tym, że obecnie to nowe wcale nie jest nowe, a ja nie chcę postmoderny. Nie chcę żonglerki cytatami.

Ale to jest nieuniknione – nie unikniesz cytatów, bo musiałbyś żyć w próżni.

Fakt – „Kill Billa” oglądam z przyjemnością, ale czegoś nowego uczę się raczej od von Triera. Ostatnio przeczytałem wiersz o czymś, co jest we mnie, ale nie potrafię tego wyartykułować. Sztuka powinna zdejmować z nas blokady. Cała moja wiara w rock’n’rolla opiera się na przekonaniu, że ciągle możliwe jest to coś, czego wcześniej nie było. Tak jak miało to miejsce w 1967 roku, kiedy nagle pojawiło się Beatlesów „Strawberry Fields Forever”. Jakby Marsjanie wylądowali na rynku! Nie chcę gierek, cytatów. Miałem taki kłopot np. z płytami Portishead, na których słychać całe harmonie pościągane z King Crimson. Podobnie „OK Computer” Radiohead jakoś mnie nie radowało. A już Oasis – kiedy ten cały britpopowy szał rozlał się na świat – spowodowało, że nie mogłem uwierzyć, iż taka masa ludzi jest w stanie zachwycać się popłuczynami po latach 60. To już przecież było! Może trochę histeryzuję – cały Gilgamesz wisi na powtórzeniach, a może to kara za to, że już dużo słyszałem i nie urodziłem się 25 lat później.

Zawsze ceniłem w twoich tekstach poczucie humoru – cięte frazy, które perfekcyjnie oddają istotę rzeczy. Opowiadasz o rzeczach ważnych, ale ma się wrażenie, że są to historie gościa, który jednak lubi się śmiać. Co cię dziś śmieszy?

Tu mam pewien problem – bo zawsze byłem gościem z poczuciem humoru, dopóki mi nie siadło zdrowie. Od trzech lat mam poważne kłopoty z kręgosłupem, no i nie jest mi do śmiechu. Brak tej energii, której wcześniej bywało w nadmiarze. To siada na psychikę – kiedy masz kłopoty z utrzymaniem pionu, to nie myślisz o dowcipach – raczej skupiasz się na kwestii przetrwania. W ogóle świat jest mało zabawny. Sądzę, że częstszym odruchem jest chęć niszczenia i bicia – z bezsilności wobec tego, co dzieje się dookoła.

Jako artysta szanowany zarówno przez starszych melomanów, jak i przez młodsze pokolenia jesteś łakomym kąskiem dla polityków. A tak się składa, że mamy rok wyborczy – nie miałeś propozycji, żeby nagrać jakiejś partii hymn wyborczy? Na przykład z PO, dzięki której masz swoją pracownię...

Z PO tylko sąsiaduję i co jakiś czas ich podtapiam, a pracownię wynajęło mi moje miasto Wrocław, bo jestem ładny i inteligentny. Jeżeli chodzi o uwikłania, to chcieli kiedyś ze mnie zrobić posła – zaraz po transformacji. Ale nie PO. Pytam się ich – jaki macie program? A oni na to – jaki, kurwa, program? Panie – to jest bańka pięćset rocznie. Tak to wyglądało. Obecnie nikt się mną nie interesuje z tych kręgów. A z PO to mam problem, bo dziwnie pląsają ostatnio i nie do końca ogarniam to, co robią. Ale życzę im dobrze i czekam na rozwój wypadków, bo teraz jest czas przekrzykiwania się, kto ma większego ptaka. Zobaczę, jak się rozwinie ta kampania, i wtedy podejmę decyzję, na kogo zagłosować. Jestem idealistą – sądziłem, że nagle zjawią się niezłomni i szczerzy ludzie, którzy będą chcieli pomagać społeczeństwu. A to się dopiero odradza – radzieccy i Niemcy wytłukli nam inteligencję, więc trzeba jeszcze trochę poczekać.

A nie ciągnęło cię nigdy, żeby jakoś się zgadać z kimś i nagrać album?

Mam ten problem, że wszystko lubię robić sam. Przy okazji ostatniej płyty uparłem się, żeby nagrać gitarę akustyczną, choć tego nie potrafiłem. Producent klął w żywy kamień, ale ja chciałem sam to nagrać, bo to oznacza pokonanie jakiegoś progu – a więc emocje. Ciężko mi przychodzi wynajmowanie muzyków. Zabawa w nowe wyzwania sprawia mi największą frajdę.

Bardziej niż muzyków sesyjnych miałem na myśli artystów w rodzaju Nosowskiej albo kogoś młodszego.

Nie ma nikogo młodszego od Kasi Nosowskiej. Ale fakt, zaproponowała mi gościnny udział w dwóch utworkach na jej solowej płycie, ale nic z tego nie wyszło. Jak wspominałem wcześniej, nie jestem omnibusem, a raczej cieniasem, i zwyczajnie nie dałem rady.

To na koniec pytanie z rodzaju grubszych – przypomniałem sobie twoje wszystkie płyty przed wywiadem i uderzyło mnie, jak często pojawia się w twoich tekstach słowo „sens”. Znalazłeś go już po tylu latach?

To jest dobre słowo – jednosylabowiec, ale trochę jak dwusylabowiec. Dobrze się śpiewa (śmiech). Trzeba mieć jakąś motywację, a ta z czasem się zmienia. Dziś trudno mi się pogodzić z sensem zawartym w serialach telewizyjnych. Nie należy oglądać filmów, należy je robić. Podobnie z innymi przejawami konsumpcji. Zawsze domagałem się od siebie i ludzi, żeby byli kreatywni. Zawsze chciałem potrafić dawać ludziom coś nowego. I chyba to jest cały mój sens.

„Z zasady nie wierzę w nic” – śpiewałeś. Dalej w nic nie wierzysz?

„Trudno nie wierzyć w nic” – zawinął tą frazą Adam Nowak, akcentując słowo „trudno”. Pojawiają się ludzie i idee, ale ja optuję za postawą, kiedy to uważnie się przyglądamy, ale w wiarę nie brniemy. Wszystko przemija – żadnych euforii. To moja dewiza. Krytycznie przyglądam się wszystkiemu, bo większość obiecujących idei szybko obrasta masą i zamienia się w jakiś dramat – zarówno w świecie sztuki, jak i polityki. Także i w życiu. To inercja – pierwszy objaw entropii. Całe szczęście, że nie żyjemy wiecznie. Z czasem (myślę o wymiarze) trzeba sobie radzić i tu zabawa w słowa czy w muzykę wydaje się dość niewinną igraszką.

Rok temu zagrałeś koncert z Klausem Mitffochem. Jest szansa na reaktywację?

Przede wszystkim, to Klaus Mitffoch zagrał koncert ze mną. Chciałem po tych wszystkich latach sprawić Klausowi frajdę. To była retrospekcja, która nauczyła mnie tego, że pewne rzeczy są niepodrabialne. Konkretny układ ludzi i czasu jest unikatowy. Grałem te stare numery z wieloma muzykami – nigdy nie miały one tej samej energii oryginalnego składu. Na reaktywację nie ma jednak szans, bo oni nie są w stanie grać. Po raz pierwszy od 25 lat wyszli na scenę, i przyznaję, że całkiem dobrze po tak długiej pauzie zagrali. Dobrze bawiłem się na próbach, ale koncert niestety był męczący i uważam go za nieudany. Nie wierzę w reaktywacje.