Maj 1980 roku. Przy wielkim mikrofonie staje maleńka Vanessa. Ubrana jak harcerka: ciemna spódniczka, biała bluzka i czerwona chustka zawiązana na ramionach. Na widowni siedzą rodzice ośmiolatki i jej wujek Didier Pain, producent muzyczny. To on umożliwił małej występ w obleganym show "L’École des Fans" (zbliżonym formułą do naszego "Od przedszkola do Opola"), którego gospodarzem jest Jacques Martin. Paradis śpiewa piosenkę "Chanson d’Emilie jolie et du Grand Oiseau" z musicalu "Emilie Jolie" Phillippe’a Chatela. Utwór z repertuaru Martina właśnie. Jej rozczulający, mały głosik rozbraja widzów przed telewizorami i publiczność.

Cudowne dziecko show-biznesu

Ów słodki i niewinny głosik to do dziś znak rozpoznawczy Vanessy. Dzięki niemu nawet w wieku 35 lat piosenkarka w oczach widzów pozostaje dzieckiem. Ten wizerunek utrwalony został dzięki "Joe Le Taxi" - wielkiemu hitowi 1986 roku, który z miejsca wdarł się na pierwsze miejsca francuskich list przebojów i okupował je przez 14 tygodni. Do Wielkiej Brytanii dotarł później, na początku 1988 roku, ale długo gościł w zestawieniach muzycznych bestsellerów jako nr 3. Podobne triumfy Vanessa i jej taksówka święciły w 15 innych krajach.

Z wydaniem płyty długogrającej panna Paradis poczekała jednak do swych 15. urodzin. Album "M&J" (pierwsze litery imion Marilyn i John), na którym poza "Joe Le Taxi" znalazły się takie hity, jak "Manolo Manolette" i "Maxou", stał się także początkiem niezwykłej współpracy młodej gwiazdki z kompozytorem Franckiem Langolffem, który opiekował się nią nieprzerwanie przez 20 lat, aż do śmierci w 2006 roku.

Debiut Francuzki krytycy okrzyknęli strzałem w dziesiątkę - "Joe Le Taxi" i śpiewająca go Vanessa zapoczątkował erę filigranowych lolitek lat 80. i 90., które zawojowały popowe sceny i zyskały rzeszę naśladowczyń. A w dodatku, niczym lalki Barbie, cieszyły się karierą i popularnością dorosłych piosenkarek. Z tą różnicą, że Vanessa udowodniła potem, że z Barbie niewiele ją łączy. Dziś nie lubi wspominać tamtych czasów. Jeśli już, to raczej w wywiadach wyśmiewa infantylne, głupawe piosneczki, które wtedy śpiewała, a już na pewno nie godzi się na ich wykonywanie.

Dziewczyna Leconte’a

Jako pierwszy aktorkę zobaczył w niej Jean-Claude Brisseau i powierzył rolę w "Nocach Blanche". Nie pomylił się. Za kreację efemerycznej, zakochanej w swoim o wiele starszym nauczycielu nimfetki 17-letnia Vanessa zgarnęła pierwszą filmową nagrodę, Cezara w kategorii najlepiej zapowiadająca się aktorka i... wróciła do śpiewania. Ledwie rok później z pomocą słynnego piosenkarza Serge’a Gainsbourga szybko nagrała drugą płytę, "Variations sur le meme t’aime". Na trzecią także nie trzeba było czekać długo - w 1992 roku wyjechała do Nowego Jorku, by tam, pod opieką ukochanego Lenny’ego Kravitzawydać, tym razem po angielsku, album "Vanessa Paradis". Związek z Kravitzem nie trwał długo. Przez chwilę muzyk (i oficjalnie wciąż mąż Lisy Bonet) prowadził ją za rękę, objaśniając wielki świat rock’n’rolla, wina i śpiewu.

Ale obojgu szybko się znudziło. 19-letnia piosenkarka postanowiła spróbować dorosłego życia w Stanach na własny rachunek. Podpisała opiewający na 3 mln franków kontrakt z Chanel i została nową twarzą perfum Coco Chanel, a reklamujący je plakat z Vanessą jako czarnopiórym ptakiem zamkniętym w złotej klatce, obiegł świat. W ciągu ostatnich kilkunastu lat koncern jeszcze dwa razy sięgał po swą wypróbowaną modelkę, z sukcesem promując dwie nowe linie torebek i perfumy. Tę popularność Vanessa wykorzystała, wracając w ramiona X muzy.

W 1995 roku na ekrany wszedł film z nią w roli głównej, "Elisa", w którym szukała zemsty na własnym ojcu. Partnerował jej Gérard Depardieu i wielokrotnie potem podkreślał, że Paradis ma zadatki na świetną aktorkę: "Stale zaskakiwała mnie wewnętrzną siłą i determinacją, z jaką przystępowała do prób. Ma wszystko, co potrzebne, by zostać wielką aktorką" - mówił, a krytycy mu wtórowali. To był wstęp do współpracy ze znakomitym Patrice’em Leconte’em. Najważniejszej w filmowej karierze Vannesy Paradis.

W sumie zagrała w trzech obrazach, które reżyserował, lub do których pisał scenariusz: "Dziewczyna dla dwóch" z Alainem Delonem iJeanem-Paulem Belmondo, "Dziewczyna na moście" (która przyniosła Vanessie nominację do Cezara wkategorii najlepsza aktorka) oraz "Billy i Colette". A recenzenci? Mieli kolejną okazję do narzekań, że... utalentowana aktorka zbyt rzadko pokazuje się na ekranie.

Zakochana bez pamięci

10 lat temu gwiazda aktorki nieco przygasła, ale nie bez powodu. W 1998 roku Vanessa Paradis spotkała miłość swego życia - piekielnie utalentowanego i zabójczo przystojnego Johnny’ego Deppa. Wpadła mu w oko w lobby paryskiego hotelu, gdy Depp kręcił sceny do filmu Romana Polańskiego "Dziewiąte wrota". Od tej pory są nierozłączni, choć żyją bez ślubu. "Papier nie zaświadczy o naszej miłości" - tłumaczą zgodnie.

Funkcjonują jako jedna z najbardziej zjawiskowych par Hollywoodu. Zawsze stylowi, zawsze oryginalni, zawsze po parysku barwni. Szyk ten kilka tygodni temu doceniła słynna hollywoodzka stylistka Andrea Lieberman (zatrudniały ją m.in. Gwen Stefani i Jennifer Lopez), dopisując Vanessę Paradis do listy najlepiej ubranych kobiet w show-biznesie, opublikowanej w amerykańskiej edycji listopadowego "Elle".

To miłe, ale dla 35-letniej aktorki i piosenkarki nie najważniejsze. Bo najważniejsza jest rodzina. Państwo Depp mają dwa domy, rezydencję w Hollywood i farmę w południowej Francji, a także kilka apartamentów - w Paryżu, na Manhattanie i na jednej z wysp Bahama.

Ale przede wszystkim dwoje ślicznych dzieci: córkę Lily-Rose Melody Depp i synka Christophera "Jacka" Deppa III oraz wielką potrzebę stabilizacji. "Nasze dzieci są już w tym wieku, że same potrzebują zakotwiczenia. Mają swoich przyjaciół, życie towarzyskie i jest im trudno zrozumieć, dlaczego wciąż muszą zmieniać otoczenie" - mówi Vanessa, ale jednocześnie przyznaje, że za skarby świata nie zamieniłaby się z nikim na los. "Spotykam wciąż nowych ludzi, artystów, oglądam ciągle inne, nowe miejsca, zmieniam się. Nawet moje dzieci są dzięki takiemu życiu są dojrzalsze. Gdy idą z nami na koncert Dylana, starają się wspiąć na scenę, by móc lepiej widzieć i chłonąć wszystko, co się dzieje z bliska. Kocham to!