Niezwykły to zespół. Choćby dlatego, że każde wydawnictwo nagrywa inny skład. Bo żeby grać w amerykańskiej grupie, trzeba mieć kwalifikacje godne kosmonauty. Żelazna kondycja pomoże wytrzymać opętańcze tempa, błyskawiczny refleks pozwoli zorientować się w stylistycznej gęstwinie, a ponadprzeciętne zdolności matematyczne i komputerowa pamięć ułatwią przyswojenie setek riffów. O tym, co trzeba znieść na koncertach, nawet nie wspomnę, dość powiedzieć, że ten muzyczny survival doprowadził niedawno Bena Weinmana, gitarzystę i ostatniego muzyka formacji z oryginalnego składu, na skraj fizycznego wycieńczenia. "Mięśnie barku miałem naderwane tak poważnie, że ramię ledwie trzymało mi się w stawie i bez operacji nie mogło się obejść. Poza tym miałem dwa pęknięte dyski w karku, złamaną kość śródstopia, a w ciągu jednego roku przeżyłem cztery wstrząsy mózgu - skarżył się muzyk w wywiadach. Nie posłuchał jednak opiekujących się nim lekarzy i nie zrobił sobie dwuletniej przerwy. Musiał zresztą grać koncerty, by opłacić rachunki za leczenie. A nowy album musiał nagrać, bo - może to też pewnego rodzaju stan chorobowy?" - rozsadzała go energia.

"Ire Works” w niczym nie ustępuje poprzednim nagraniom grupy, dorównuje fenomenalnemu debiutowi „Calculating Infinity”. Tamta płyta zdefiniowała gatunek muzyczny ochrzczony przez dziennikarzy mathcorem. Matematyka w nazwie świadczy o niespotykanej złożoności formalnej, zaś termin core oznacza oczywiście, że ostrzej, szybciej i głośniej grać już nie można.

Choć muzycy Dillingera proste metrum 4/4 rozpanoszone w muzyce pop wciąż znają chyba tylko z opowiadań, o dziwo nowa płyta jest dużo łatwiejsza w odbiorze niż można było się spodziewać. Jak to możliwe? Otóż pomiędzy erupcje wściekłości, notabene zagrane z godną podziwu wirtuozerią, Dillinger wplata nie tylko chwytliwe refreny nawiązujące do twórczości Faith No More (co znamy już z poprzedniego albumu), ale również ozdobniki pochodzące z zupełnie innych muzycznych galaktyk. Na przykład fenomenalne bigbandowe dęciaki i solówkę szalonego pianisty w "Milk Lizard”, zimne, elektroniczne zgrzyty w "Sick On Sunday” czy drum’n’bassowe przeszkadzajki w "Dead As History”. Jazz przechodzi w noise, ten z kolei w pop, potem electro, swing, rock alternatywny... Długo można wymieniać, bo tym, co dzieje się na tej jednej płycie, można by obdzielić całą dyskografię niejednej grupy uważanej za awangardę ciężkiego grania. Dlatego "Ire Works” to nie tylko najlepsza płyta metalowa 2007 roku, to nadzieja na przyszłość dla całego gatunku. A że poprzeczkę ustawili bardzo wysoko? Cóż, nikt metalowcom nie obiecywał, że w XXI wieku będzie łatwo.

Dillinger Escape Plan Ire Works, Relapse/Mystic