Legenda Beach Boys w Polsce przez lata ograniczona była głównie do ich młodzieńczych surfingowych hitów. Czas najwyższy nadrobić zaległości, bo bez znajomości dorobku Kalifornijczyków trudno zrozumieć wiele ważnych wątków historii popkultury. Dokonania Briana Wilsona, lidera grupy w latach 60., inspirują kolejne pokolenia muzyków – od Beatlesów przez ELO czy Fleetwood Mac po laptopowca Christianna Fennesza. Ostatnio też takie alternatywne gwiazdy, jak: The Flaming Lips, MGMT czy Animal Collective, które otwarcie odwołują się do spuścizny zespołu.

Paul McCartney niejednokrotnie przyznawał, że niektóre klasyki Fab Four, np. „Strawberry Fields Forever” czy „A Day In the Life”, powstały pod wpływem niezwykłej kompozycji Wilsona „Good Vibrations”. Brian, obsesyjnie szukający perfekcyjnej formy dla tej trzyminutowej piosenki – przez wielu uznawanej za jeden z singli wszech czasów – pracował przez kilka miesięcy. Tworząc tę, jak pisano, „kieszonkową symfonię”, podniósł pop do rangi sztuki.

Muzyczne wizjonerstwo okupił jednak ciężką chorobą. „Good Vibrations” miało trafić w 1967 roku na płytę „Smile”, nagrywaną wraz z aranżerem i tekściarzem Van Dyke Parksem. Niezrozumienie wśród członków zespołu i intensywna samotna praca w studio spowodowały rozwój choroby (cierpiał na schizofrenię) i wpędziły go w narkotykowy nałóg. Wilson zarzucił projekt i przez kolejne trzy dekady żył niemal w izolacji, borykając się z problemami psychicznymi i uzależnieniami. W ostatnich latach, po udanej rekonwalescencji powrócił jednak do niedokończonego opus magnum, finalizując dzieło z olśniewającym skutkiem. Album ukazał się w 2004 roku.

Wydaje się, że zamknięcie tego rozdziału podziałało na Amerykanina lepiej niż długoletnie terapie. Uwolniony od wieloletnich obsesji na nowy krążek „That Lucky Old Sun” napisał bowiem najlepsze piosenki od lat. Do nagrania tej płyty ex-Beach Boys znów zaprosił Parksa, który ostatnio udanie przypomniał o sobie, współpracując z Joanną Newsom. Album z jednej strony doskonale wpisuje się w stylistykę „dojrzałych” Beach Boysów. Równocześnie ciekawie dialoguje z dokonaniami nurtu americana, choćby Sufjana Stevensa. Formuła tej płyty – muzycznej opowieści, przerywanej recytowanymi interludiami o Kalifornii – przywodzi zresztą na myśl sufjanowe dźwiękowe pocztówki z kolejnych amerykańskich stanów. Choć zapewne Stevens oddałby kilka lat życia za taką piosenkę jak „Forever She’ll Be My Surfergirl”.

Wilson ma również tę przewagę nad młodymi, że trudno oskarżyć go o stylizację czy skłonność do ponowoczesnej ironii. Lider Beach Boysów jest jednym ze współtwórców mitów Gwiezdnej Ameryki czy Słonecznej Kalifornii i nową płytą potwierdza, że wciąż w nie wierzy.

Słoneczna kraina to dla niego nie tylko piękna iluzja, artystyczny koncept, lecz żywe doświadczenie. Jako Kalifornijczyk z krwi i kości jak mało kto wie, że z Miasta Aniołów całkiem blisko do Doliny Śmierci. Jednak choć na albumie nie brakuje gorzkich, melancholijnych tonów, magazyn „Rolling Stone” słusznie określił go jako „przejmujący list miłosny do L.A.”.

Brian Wilson

That Lucky Old Sun

Capitol Records