Peaches "I Feel Cream"

Wyd. XL Records 2009

Ocena 5/6

p

Na pierwszy rzut ucha nie ma czym się zachwycać – ot, kolejny album electro z tnącym gęste klubowe powietrze mocarnym bitem i seksowną nawijką. Wystarczy jednak porównać „I Feel Cream” z każdą inną produkcją z tej działki (choćby niedawne „Two” Miss Kittin) by przekonać się, że to wyjątkowo soczysta i spójna propozycja, mimo że brak na tej płycie rewolucyjnych brzmień i zaskakujących zwrotów akcji.

Peaches słynie z tego, że większość swoich płyt produkuje sama, obsługując wszystkie maszyny perkusyjne i syntezatory. Tym razem władzę oddała w ręce Simian Mobile Disco – modnego ostatnio brytyjskiego duetu producenckiego tworzonego przez Jamesa Forda i Jamesa Anthony'ego Shawa (znani m.in. z remiksów pichconych m.in. dla Bjork, The Klaxons i The Kills).

To była dobra decyzja – dawno już nie słyszałem tak oszczędnych i jednocześnie soczystych brzmień klubowych. Angielski duet niby nie proponuje nic nowego – to w gruncie rzeczy bardzo konserwatywny electro clash. W każdym niemal utworze rozpychają się dziarsko drapieżne syntezatory doprawione do smaku sporą dawką przesterów. Tak jak w „Trick or Treat”, gdzie wyżej wspomniane współpracują z prostym bitem opartym na charakterystycznym klaśnięciu albo w „Show Stopper”, ze ścianą syntezatorów podkręconych artykulacją przypominającą rockowe gitary. Ale to właśnie dzięki skromnym aranżom, każdy dźwięk ma sporo miejsca, żeby zabrzmieć w pełnej krasie, wedle starej studyjnej reguły – im więcej instrumentów, tym mniejszy każdy z nich. Utwór „Serpentine” opiera się prawie wyłącznie na sążnistej stopie, mruczącym basie i lekko opętanym szepcie Peaches, a mimo to zionie mocą. W porównaniu z nią wspomniana niedawna płyta Miss Kittin i Tima Heckera wydaje się bardzo przeciętna. Tym bardziej że na „I Feel Cream” Peaches pokazuje szerszą niż jej europejska koleżanka po fachu paletę wokalną. W „Talk To Me” i „More” chwilami wchodzi w wysokie rejestry i śpiewa jak Debbie Harry z Blondie – seksownie i drapieżnie. Z kolei w hitowej balladzie „Relax” do złudzenia przypomina Missy Elliot.

Jednak mimo tych delikatnych nawiązań Peaches zawsze pozostaje sobą – to dalej ta sama ostra niezależna artystka prowokująca stylem bycia, przy której każda wojująca feministka musi czuć się jak harcereczka. Nikt inny nie potrafi serwować tak urokliwej muzycznej pornografii. No, bo jak tu się nie uśmiechnąć na dźwięk frazy: „I never go to bed without a piece of raw meat” („Nigdy idę do łóżka bez kawałka surowego mięsa”)? Coś mi podpowiada, że Amerykance nie chodzi o kawałek świeżutkiego befsztyka...