Dziennik Gazeta Prawana logo

Electro Peaches w natarciu

16 maja 2009, 09:43
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Electro Peaches w natarciu
Inne
Ci wszyscy, którzy spodziewali się, że po przekroczeniu 40-stki Peaches zacznie śpiewać akustyczne ballady o pogodnej jesieni życia, srogo się zawiodą. Czwarty album Merrill Beth Nisker to drapieżne electro z najwyższej półki.

Ocena

p

Na pierwszy rzut ucha nie ma czym się zachwycać – ot, kolejny album electro z tnącym gęste klubowe powietrze mocarnym bitem i seksowną nawijką. Wystarczy jednak porównać z każdą inną produkcją z tej działki (choćby niedawne Miss Kittin) by przekonać się, że to wyjątkowo soczysta i spójna propozycja, mimo że brak na tej płycie rewolucyjnych brzmień i zaskakujących zwrotów akcji.

Peaches słynie z tego, że większość swoich płyt produkuje sama, obsługując wszystkie maszyny perkusyjne i syntezatory. Tym razem władzę oddała w ręce – modnego ostatnio brytyjskiego duetu producenckiego tworzonego przez (znani m.in. z remiksów pichconych m.in. dla Bjork, The Klaxons i The Kills).

To była dobra decyzja – dawno już nie słyszałem tak oszczędnych i jednocześnie soczystych brzmień klubowych. Angielski duet niby nie proponuje nic nowego – to w gruncie rzeczy bardzo konserwatywny electro clash. W każdym niemal utworze rozpychają się dziarsko drapieżne syntezatory doprawione do smaku sporą dawką przesterów. Tak jak w , gdzie wyżej wspomniane współpracują z prostym bitem opartym na charakterystycznym klaśnięciu albo w , ze ścianą syntezatorów podkręconych artykulacją przypominającą rockowe gitary. Ale to właśnie dzięki skromnym aranżom, każdy dźwięk ma sporo miejsca, żeby zabrzmieć w pełnej krasie, wedle starej studyjnej reguły – im więcej instrumentów, tym mniejszy każdy z nich. Utwór opiera się prawie wyłącznie na sążnistej stopie, mruczącym basie i lekko opętanym szepcie Peaches, a mimo to zionie mocą. W porównaniu z nią wspomniana niedawna płyta Miss Kittin i Tima Heckera wydaje się bardzo przeciętna. Tym bardziej że na Peaches pokazuje szerszą niż jej europejska koleżanka po fachu paletę wokalną. W i „More” chwilami wchodzi w wysokie rejestry i śpiewa jak Debbie Harry z Blondie – seksownie i drapieżnie. Z kolei w hitowej balladzie do złudzenia przypomina Missy Elliot.

Jednak mimo tych delikatnych nawiązań Peaches zawsze pozostaje sobą – to dalej ta sama ostra niezależna artystka prowokująca stylem bycia, przy której każda wojująca feministka musi czuć się jak harcereczka. Nikt inny nie potrafi serwować tak urokliwej muzycznej pornografii. No, bo jak tu się nie uśmiechnąć na dźwięk frazy: („Nigdy idę do łóżka bez kawałka surowego mięsa”)? Coś mi podpowiada, że Amerykance nie chodzi o kawałek świeżutkiego befsztyka...

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj