MARILYN MANSON
The High End of Low
Warner
ocena: 4

_____________________________________________________________________________

15 piosenek na nowej płycie tradycyjnie jest pełnych krwi, perwersji, szyderstw z wielkiej Ameryki i... dobrej muzyki. Ta ostatnia jest w dużej mierze dziełem nadwornego basisty Mansona Twiggy Ramireza. Po siedmiu latach rozstania i kolaboracji z A Perfect Circle, Nine Inch Nails i Queens Of The Stone Age, muzyk powrócił do zespołu Mansona, a to wyszło na dobre nowemu albumowi. Bas jest tu wyraźny jak rysa na czarnych limuzynach, buduje zaskakująco dobry, bluesowy klimat. Co prawda dwa pierwsze numery – „Devour” i programowo prowokacyjny „Pretty as a Swastika” – przypominają rozwinięcie tematów z wcześniejszych płyt formacji, a ostre teksty („Chcę się rozbić na twej twarzy, niczym samolot”) i gitary ze strunami ostrymi jak rzeźnickie noże to żadna rewolucja. Na szczęście jednak od trzeciego utworu „Leave a Scar” Marilyn zaczyna swoją bluesową podróż. Próbuje zrozumieć ciemne aspekty natury kobiet („Leave A Scar”), krytykuje pustką cywilizację Ameryki („We’re From America”) i z dystansem przygląda się własnej osobie („WOW”).

Prosta perkusja, country-bluesowa gitara, której nie powstydziłby się sam Joe Bonamassa, oraz rytmiczny wokal Mansona rządzą do samego końca płyty. Najbardziej wyrazistymi, zapadającymi w pamięć przystankami na trasie tej wycieczki, są Rammsteinowy „We’re From America”, ballada w stylu HIM – „Running to the Edge of the World”, żywcem wyjęty z albumu NIN „WOW”, a także przypominający H-Blockx z najlepszych czasów „I Have to Look Up Just to See Hell”.

Kolekcjoner medycznych protez raczej nie zmieni swojego metalicznego, beczącego wokalu, jednak nową produkcją udowadnia, że muzycznie wciąż szuka nowej drogi. A to po dwóch dekadach kariery udaje się przecież niewielu. Wystarczy spojrzeć na ostatnie dokonania Chrisa Cornela czy Green Day, którzy przeistoczyli się we własne parodie.

Co sprawia, że Brian Hugh Warner (bo tak brzmi nazwisko wokalisty skrywającego się za grubą warstwą makijażu) ciągle potrafi wywoływać silne emocje? Wydaje się że kluczem do jego sukcesu jest dystans, jaki trzyma wobec show-biznesu, ale przede wszystkim samego siebie. Najlepiej obrazuje to fragment tekstu ze znakomitego „Four Rusted Horses”: „Ludzie przyjdą na mój pogrzeb po to, by upewnić się, że na pewno umarłem”. Warner zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że jest jedynie aroganckim, kąsającym i przerysowanym medialnym błaznem. – Wszyscy jesteśmy aktorami w talk-show Jerry’ego Springera. Tylko jeszcze nie wszyscy gościliśmy w jego programie – powiedział w jednym z wywiadów.

To zdanie idealnie oddaje zamieszanie, jakie powstało wokół jego pierwszego polskiego koncertu na warszawskim Torwarze w 2001 roku. Wbrew przewidywaniom mediów i religijnych konserwatystów Manson nie palił krzyży na scenie, nie jadł zwierząt i nie wypowiedział ani jednego