Willie Nelson „American Classic”
Wyd. EMI 2009
Ocena 5/6

Willie Nelson wraca tą płytą do źródeł swego wielkiego sukcesu, płyty „Stardust” (1978), która zapoczątkowała modę na amerykańskie cross-over z przebojami powojennych kompozytorów w roli głównej. Album, pięciokrotnie okryty platyną, dziś już nieco zapomniany, to był przełom w nurcie stylowego wykonawstwa standardów: Willie śpiewał je mocnym, gardłowym głosem, któremu akompaniował Mickey Raphael na harmonijce i tradycyjny zespół country.

„American Classic” odchodzi od tego stylu w kierunku wypolerowanego, perfekcyjnego brzmienia płyt wokalistów jazzowych, choć nie brak tu tych samych współpracowników barda country, którzy znaleźli się na albumie „Stardust”. Nie powstydziłaby się tego krążka ani Norah Jones (tu gościnnie w klasyku „Baby It’s Cold Outside”), ani Diana Krall (śpiewająca z Williem na „If I Had You”), która zresztą pożyczyła Nelsonowi producenta swoich albumów, Tommy’ego LiPumę. Różnica między dwiema płytami Williego jest znacząca, bo spece od miksowania odsunęli zespół barda daleko w tło, wydobywając na plan pierwszy, niczym u wielkich gwiazd, jego charakterystyczny, surowy głos.

Z rzadka odzywają się olśniewające sola saksofonu i delikatne pasaże fortepianowe. Oszczędne i perfekcyjne aranże orkiestrowe Johnny’ego Mandela ujawniają skalę możliwości Williego, którego geniusz tkwi w umiejętności odchodzenia od emocji (jak w poruszającym „You Were Always On My Mind”, pochodzącym z 1982 roku).

p

Nelson, choć tym albumem potwierdza pozycję jednego z najwybitniejszych stylistów Ameryki, doskonale wie, że nie należy do tradycji salonowego songwritingu spod znaku Crosby’ego i Bennetta. Dlatego śpiewając – mówi i melorecytuje. Znać w tej metodzie także szacunek dla słowa, dlatego nawet banalne frazy mistrzów liryki z lat 40. i 40. brzmią w jego ustach prawdziwie, co nie zdarza się za często jego młodszym kolegom i koleżankom po fachu, biorącym się za bary z klasyką amerykańskiej pieśni, np. Dianie Krall czy Michaelowi Bubble.

Dziś już nikt nie powinien pamiętać tylko kłopotów Williego z płaceniem podatków, namiętnego palenia marihuany czy nieudanych przymiarek do albumów reggae sprzed lat. W „American Classic” skrywa się bowiem istota songwritingu spod znaku Johnny’ego Casha czy Toma Waitsa. Dla dawnych kompozytorów i autorów tekstów, np. twórcy muzyki z Fabryki Snów, Johnny’ego Mercera (autor piosenek takich jak „The Days Of Wine And Roses”, obecnego na płycie „Come Rain Or Come Shine” czy „Skylark”) lub nawet Cole Porter, najważniejsze w muzyce zawsze były słowa, nie emocje. Do tekstów komponowali muzykę, a ona wspinała się na szczyty list przebojów.

W dobie sztucznie generowanych głosów i histerycznych, popowych hitów album Williego Nelsona boleśnie przypomina, dlaczego kiedyś pisano w ogóle piosenki.