płyty „Stardust” (1978), która zapoczątkowała modę na amerykańskie cross-over z przebojami powojennych kompozytorów w roli głównej. Album, pięciokrotnie okryty platyną, dziś już nieco zapomniany, to był przełom w nurcie stylowego wykonawstwa standardów: Willie śpiewał je mocnym, gardłowym głosem, któremu akompaniował Mickey Raphael na harmonijce i tradycyjny zespół country.
, choć nie brak tu tych samych współpracowników barda country, którzy znaleźli się na albumie „Stardust”. Nie powstydziłaby się tego krążka ani Norah Jones (tu gościnnie w klasyku „Baby It’s Cold Outside”), ani Diana Krall (śpiewająca z Williem na „If I Had You”), która zresztą pożyczyła Nelsonowi producenta swoich albumów, Tommy’ego LiPumę. Różnica między dwiema płytami Williego jest znacząca, bo spece od miksowania odsunęli zespół barda daleko w tło, wydobywając na plan pierwszy, niczym u wielkich gwiazd, jego charakterystyczny, surowy głos.
Z rzadka odzywają się olśniewające sola saksofonu i delikatne pasaże fortepianowe. Oszczędne i perfekcyjne aranże orkiestrowe Johnny’ego Mandela ujawniają skalę możliwości Williego, którego geniusz tkwi w umiejętności odchodzenia od emocji (jak w poruszającym „You Were Always On My Mind”, pochodzącym z 1982 roku).
p
Nelson, choć tym albumem potwierdza pozycję jednego z najwybitniejszych stylistów Ameryki, doskonale wie, że nie należy do tradycji salonowego songwritingu spod znaku Crosby’ego i Bennetta. , co nie zdarza się za często jego młodszym kolegom i koleżankom po fachu, biorącym się za bary z klasyką amerykańskiej pieśni, np. Dianie Krall czy Michaelowi Bubble.
Dziś już nikt nie powinien pamiętać tylko kłopotów Williego z płaceniem podatków, namiętnego palenia marihuany czy nieudanych przymiarek do albumów reggae sprzed lat. W „American Classic” skrywa się bowiem istota songwritingu spod znaku Johnny’ego Casha czy Toma Waitsa. Dla dawnych kompozytorów i autorów tekstów, np. twórcy muzyki z Fabryki Snów, Johnny’ego Mercera (autor piosenek takich jak „The Days Of Wine And Roses”, obecnego na płycie „Come Rain Or Come Shine” czy „Skylark”) lub nawet Cole Porter, najważniejsze w muzyce zawsze były słowa, nie emocje. Do tekstów komponowali muzykę, a ona wspinała się na szczyty list przebojów.
W dobie sztucznie generowanych głosów i histerycznych, popowych hitów album .