Arctic Monkeys
Humbug
Domino/EMI
ocena: 3/6
_____________________________________________________________________________

Pierwszą płytą "Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not" członkowie Arctic Monkeys rozpętali prawdziwą burzę na Wyspach i mając po 20 lat, stanęli na czele nowej fali brytyjskiego rocka. Drugą – "Favourite Worst Nightmare" – potwierdzili swoją pozycję na rynku oraz przy pełnej aprobacie dziennikarzy i publiczności zostali wyniesieni do panteonu legend obok The Jam i The Smiths. A kiedy przyszedł czas na trzecią, wyjechali na pustynię w Kalifornii, zapuścili długie włosy i zaczęli mówić o fascynacji Black Sabbath i Jimim Hendriksem.

Trudno do końca zrozumieć, czemu muzycy Arctic Monkeys skorzystali z zaproszenie Josha Homme’a (Queens of the Stone Age) na jego Rancho de la Luna, gdzie odbywają się słynne "Desert Sessions" i uczynili z niego piątego członka zespołu. W końcu jest od nich o 10 lat starszy i wyrasta z ciężkiego stoner rocka. Tymczasem Alex Turner i jego zespół są wychowani na prostych, rock’n’rollowych piosenkach opisujących wielkomiejską rzeczywistość z perspektywy nastolatków. Oprócz dobrego chwytu marketingowego pozostają dwie możliwości – albo małpki chcą dostosować swoje brzmienie do standardów amerykańskich i powalczyć o nowe rynki zbytu, albo zwyczajnie zabrakło im pomysłów i postanowili spróbować czegoś nowego.

Słuchając albumu "Humbug", trudno oprzeć się wrażeniu, że chodzi raczej o tę drugą sytuację. Wbrew temu, co mogą sugerować sesje zdjęciowe do nowej płyty, Arctic Monkeys nie przeszli aż takiej metamorfozy, a jedynie poddali się drobnemu liftingowi – oczywiście za sprawą Josha Homme’a. Dlatego zamiast rewolucji i wbijających w ziemię niespodzianek z każdym kolejnym utworem pojawia się raczej masa wątpliwości. Czy "My Propeller" nie jest jednak za słaby i za mało energiczny na początek płyty? Czy chwytliwy singiel "Crying Lighting" nie wypada zbyt łzawo, a solówka na końcu nie jest doklejona na siłę? Nie wspominając o "Dangerous Animals" brzmiącym jak powtórka z "Fake Tales of San Francisco" z pierwszej płyty, tylko poprawiona pod wpływem Queens of the Stone Age?

Gdyby rzeczywiście szukać momentów, w których muzykom udało się znaleźć porozumienie muzyczne, a przede wszystkim udowodnić dojrzałość nastolatków z Sheffield, to byłyby to utwory "Potion Approaching" i "Pretty Visitors" – najbardziej rozbudowane i najmocniejsze na płycie, do tego niepozbawione nawet lekko psychodelicznego klimatu. Niestety, słuchając całego albumu, można odnieść niepokojące wrażenie, że pojawiają się kosztem dużo lżejszych i spokojniejszych "Secret Door" i "Cornerstone", przypominających zaledwie odpady z sesji The Last Shadow Puppets, czyli grupy współtworzonej przez m.in. Alexa Turnera i producenta Jamesa Forda.

Bez wątpienia Arctic Monkeys należą się brawa za to, że z trzecim albumem nie poszli na łatwiznę i nie nagrali go pod dyktando brytyjskiego rynku. Natomiast ta różnorodność muzyczna, nawet jeśli nie zawsze wychodzi płycie na plus, przynajmniej świadczy o tym, że muzycy chcą dalej poszukiwać. Jednak czy jeszcze nie jest dla nich za wcześniej na egzamin z dojrzałości? A jeśli rzeczywiście zamierzają też powalczyć o rynek amerykański, to nie powinni zapominać, że tradycja brytyjska zobowiązuje ich jednak do pisania dobrych piosenek.