Yo La Tengo "Popular Songs"
Wyd. Matador 2009
Ocena 5/6

Przez blisko dwadzieścia pięć lat kariery nigdy nie doczekali się popularności na miarę Sonic Youth ani kultowego statusu porównywalnego z Pavement. Mimo to członkowie Yo La Tengo nie poddają się i wydają właśnie swój dwunasty album, który jest przeglądem wszystkiego, co ciekawe w muzyce popularnej i niezależnej ostatnich 40 lat.

W końcu, jak nie skojarzyć od razu najlepszego na płycie „Nothing to Hide” z psychodeliczną dynamiką My Bloody Valentine? Z kolei w doskonałym popowym „If it’s true” można dostrzec podobieństwa do starego dobrego Belle & Sebastian, a w „All Your Secrets” melancholię i country’owy klimat Lambchop. Trudno oczywiście traktować te porównania jako zarzut, bo przecież te wszystkie zespoły są rówieśnikami albo nieco młodszymi kolegami po fachu Yo La Tengo. Do tego wyrastały one w tej samej tradycji lat 60. i 70. Dlatego dziś główny kompozytor grupy Ira Kaplan ma prawo sięgać po sprawdzone patenty w aranżacjach, brzmieniu czy harmoniach wokalnych. Zresztą jak sam stwierdził przewrotnie w niedawnym wywiadzie dla „New York Timesa”: „Wydaje mi się, że oryginalność nie jest dla mnie aż taka istotna. Nie widzę nic złego w tym, że jedna piosenka może kojarzyć się z drugą. To wcale jej nie dyskwalifikuje”.

p

Na płycie „Popular Songs” nie mamy do czynienia z pustym popisem erudycji weteranów amerykańskiej sceny niezależnej, tylko z dobrze skomponowanymi piosenkami, które mogłyby właściwie powstać w każdym czasie. Do tego można ją również potraktować jako swego rodzaju przewodnik przez dyskografię Yo La Tengo. W pierwszej części, na którą składa się dziewięć krótkich piosenek, czuć ten sam urok i lekkość co na najbardziej udanych w jej dorobku „I Can Hear the Heart Beating as One” czy ostatnim „I Am Not Afraid of You and I Will Beat Your Ass”. Natomiast w drugiej części pojawiają się jeszcze trzy, ponaddziesięciominutowe kompozycje – w tym hipnotyczna „More Stars Than There Are in Heaven” i jazgotliwa „And the Glitter Is Gone”, które przywołują ducha eksperymentalnego „And Then Nothing Turned Itself Inside-Out” wydanego dziewięć lat temu.

Jednym słowem muzycy wciąż są w świetnej formie i nie mają potrzeby ścigania się z nikim na scenie niezależnej, bo są po prostu klasą samą w sobie – niczym święcący obecnie tryumfy Wilco. Dowodem na to są również ostatnie trasy jako Condo Fucks, na których muzycy Yo La Tengo grają ulubione covery wydane też na płycie „Fuckbook” oraz pod hasłem „The Freewheelin’ Yo La Tengo”, kiedy siadają razem z fanami w małych klubach, rozmawiają z nimi i wykonują zasugerowane przez nich utwory z całego swojego dorobku. Czy równie dobrze zostaną przyjęci w Polsce, gdzie wciąż nie są jeszcze tak dobrze znani?


Yo La Tengo na festiwalu Ars Cameralis
www.myspace.com/uppersilesianartfestival
Listopad 2009, Kraków