Dziennik Gazeta Prawana logo

To, co najlepsze w Yo La Tengo

11 września 2009, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
To, co najlepsze w Yo La Tengo
Inne
W listopadzie po raz pierwszy wystąpią w Polsce na festiwalu Ars Cameralis. Ale już teraz można się przygotować do koncertu grupy Yo La Tengo, sięgając po album "Popular Songs", który zgodnie z tytułem mógłby być zestawem jej największych hitów.


Przez blisko dwadzieścia pięć lat kariery nigdy nie doczekali się popularności na miarę Sonic Youth ani kultowego statusu porównywalnego z Pavement. Mimo to członkowie Yo La Tengo nie poddają się i wydają właśnie swój dwunasty album, który jest przeglądem wszystkiego, co ciekawe w muzyce popularnej i niezależnej ostatnich 40 lat.

W końcu, jak nie skojarzyć od razu najlepszego na płycie „Nothing to Hide” z psychodeliczną dynamiką My Bloody Valentine? Z kolei w doskonałym popowym „If it’s true” można dostrzec podobieństwa do starego dobrego Belle & Sebastian, a w „All Your Secrets” melancholię i country’owy klimat Lambchop. Trudno oczywiście traktować te porównania jako zarzut, bo przecież te wszystkie zespoły są rówieśnikami albo nieco młodszymi kolegami po fachu Yo La Tengo. Do tego wyrastały one w tej samej tradycji lat 60. i 70. Dlatego dziś główny kompozytor grupy Ira Kaplan ma prawo sięgać po sprawdzone patenty w aranżacjach, brzmieniu czy harmoniach wokalnych. Zresztą jak sam stwierdził przewrotnie w niedawnym wywiadzie dla „New York Timesa”: „Wydaje mi się, że oryginalność nie jest dla mnie aż taka istotna. Nie widzę nic złego w tym, że jedna piosenka może kojarzyć się z drugą. To wcale jej nie dyskwalifikuje”.

p

Na płycie „Popular Songs” nie mamy do czynienia z pustym popisem erudycji weteranów amerykańskiej sceny niezależnej, tylko z dobrze skomponowanymi piosenkami, które mogłyby właściwie powstać w każdym czasie. Do tego można ją również potraktować jako swego rodzaju przewodnik przez dyskografię Yo La Tengo. W pierwszej części, na którą składa się dziewięć krótkich piosenek, czuć ten sam urok i lekkość co na najbardziej udanych w jej dorobku „I Can Hear the Heart Beating as One” czy ostatnim „I Am Not Afraid of You and I Will Beat Your Ass”. Natomiast w drugiej części pojawiają się jeszcze trzy, ponaddziesięciominutowe kompozycje – w tym hipnotyczna „More Stars Than There Are in Heaven” i jazgotliwa „And the Glitter Is Gone”, które przywołują ducha eksperymentalnego „And Then Nothing Turned Itself Inside-Out” wydanego dziewięć lat temu.

Jednym słowem muzycy wciąż są w świetnej formie i nie mają potrzeby ścigania się z nikim na scenie niezależnej, bo są po prostu klasą samą w sobie – niczym święcący obecnie tryumfy Wilco. Dowodem na to są również ostatnie trasy jako Condo Fucks, na których muzycy Yo La Tengo grają ulubione covery wydane też na płycie „Fuckbook” oraz pod hasłem „The Freewheelin’ Yo La Tengo”, kiedy siadają razem z fanami w małych klubach, rozmawiają z nimi i wykonują zasugerowane przez nich utwory z całego swojego dorobku. Czy równie dobrze zostaną przyjęci w Polsce, gdzie wciąż nie są jeszcze tak dobrze znani?


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj