"Piosenki po polsku" to płyta zaskakująca, szczególnie dla fanów "starego" Afro Kolektywu. Skąd pomysł, żeby tym razem nagrać zestaw poprockowych kawałków?

Hoffmann: "Poprockowe" to chyba nie jest dobra etykietka. Może się kojarzyć z womitem późnego De Mono czy Golden Life w Muzycznej Jedynce – ktoś pamięta i wie o co chodzi? My się inspirowaliśmy Steely Dan, Jamiroquai, Genesis, Beatlesami, XTC, czyli muzyką niełatwą do zrobienia, ale przystępną kiedy się jej słucha. Może lepiej będzie, jeśli określimy to jako rockowo-funkowo-jazzowe piosenki. Pomysł znikąd. Gdybym miał napisać kolejną rapową płytę, a potem z uśmiechem na ustach zaprezentować ją ludziom jako coś świeżego, to bym wolał się powiesić. Koledzy chyba czują podobnie, bo rzucili się na komponowanie w innej stylistyce jak głupi.

"Piosenki" to także płyta bardzo polska. Takiego gitarowego, lekkiego grania, nawiązującego do rockowej tradycji, bardzo brakuje w naszych stacjach radiowych. Czy dzięki temu Afro Kolektyw jest wreszcie grany w radio?

Hoffmann: Nie, jesteśmy grani dlatego, że mamy dużo do powiedzenia i ciekawe pomysły. A przynajmniej tak lubimy myśleć. A w ogóle – naprawdę jesteśmy grani? Bo to trochę trudno arbitralnie stwierdzić. Nie zauważyliśmy jakiejś mega zmiany w tym zakresie.

Zawadzki: Afro Kolektyw zawsze był grany, może nie nachalnie często, ale jednak był.

W jednym z wywiadów mówiliście o tym, że praca nad kolejnymi płytami zajmuje wam bardzo dużo czasu, bo spotykacie się raz na tydzień. Tak samo było w przypadku "Piosenek"?

Hoffmann: Jeszcze bardziej, bo nie mieliśmy gdzie się spotykać – nasze mini studio utonęło w powodzi w 2010, do tej pory w piwnicy stoi zawodowe bajoro, inaczej niż w kaloszach nie wejdziesz. Byliśmy na łasce i niełasce okoliczności. To jest cud większy niż obrona Jasnej Góry, że nam się udało w ogóle ukończyć album.

Zawadzki: Spotykamy się bardzo nieregularnie, na zasadzie pospolitego ruszenia. Wszystko przez to, że każdy ma mnóstwo pozazespołowych zajęć.

Ktoś nazwał "Piosenki" vintage popem, choć wyśpiewanym współczesnym językiem – zgodzicie się z tym określeniem?

Hoffmann: Jeśli określenie "vintage" potraktować jako synonim pewnej szlachetności i co za tym idzie ponadczasowości, to oczywiście chętnie się zgodzimy.

Piosenki w stylu retro są dziś modne. Czy "Piosenki po polsku" to również przejaw tej retromanii?

Hoffmann: Absolutnie nie. Nie wystylizowaliśmy utworów na pochodzące z jakiejś przeszłej epoki, żeby pogłaskać nostalgię. Zaglądanie w przeszłość to jak patrzenie na własną śmierć, a my nie chcemy zdawać sobie sprawy z czegoś tak smutnego i nieuniknionego.

Zawadzki: Retromania, to chyba zjawisko występujące stale i chyba zawsze w jakimś stopniu modne. Jedni robią coś nowoczesnego, inni nawiązują, jeszcze inni próbują połączyć te przeciwstawne koncepcje, my w wypadku tej płyty próbujemy należeć do tej trzeciej frakcji. Zresztą kiedy zaczynaliśmy układanie piosenek nie myśleliśmy o modach, tylko o tym co nam sprawi radość, a że ktoś ze składu lubi Waitsa, inny The Police, a inny The Beach Boys, to wyszło jak wyszło.

Udała wam się ta płyta?

Hoffmann: Gdyby się nie udała, to by się nie ukazała. Ale w tej chwili już zrobiłbym ją inaczej. Możemy nagrać jeszcze lepszą i nagramy.

Legendy krążą o niesamowitej energii jaka przekazujecie widowni podczas koncertów. Skąd ta energia?

Hoffmann: Z tego, że każdy z nas jest poza zespołem uwikłany w różne przyziemne obowiązki, w których odnajduje się średnio. Na koncertach tak bardzo pragniemy się od tego oderwać, że czasem przesadzamy. Na scenie czuję się tak, jak chciałem się czuć będąc piętnastolatkiem – bez ograniczeń. I dobrze, kochamy przeginać pałę! To jest przywilej, który mało kto ma do dyspozycji, nawet sporadycznie.

Co jest dla was miarą sukcesu w muzyce? Czy Afro Kolektyw już ten sukces osiągnął?

Zawadzki: Takim ostatecznym, że tak powiem sukcesem, byłaby możliwość zarabiania na graniu. Myślę jednak, że gdybyśmy zarabiali wyłącznie na niebiletowanych imprezach miejskich i występowali przed przypadkową publicznością, to by nie było satysfakcjonujące, więc trudno by było mówić o sukcesie. Póki co wydaliśmy płytę, słychać nas w radiu, widać nas w telewizji, zdobywamy słuchaczy i gramy trasę, z której może i nie ma kokosów, ale nie musimy do niej dokładać, co na obecnym rynku koncertowym jest coraz rzadsze, niestety. No i nawiązując do poprzedniej wypowiedzi Michała, mamy przywilej występowania na scenie przed ludźmi, którzy chcą nas słuchać. To już coś.

Czyli Afro Kolektyw wciąż pozostaje Waszym hobby? Czy może jest już inaczej? Da się przeżyć z grania w zespole?

Hoffmann: Pozostaje i ma to swoje dobre strony, nie jest, nie da się.

Czytacie czasem opinie na swój temat w internecie?

Hoffmann: Niestety, tak. Na szczęście, niektóre są negatywne. Jak wiadomo: trochę się punktów zbiera, kiedy piszą dobre słowo, lecz naprawdę jest kariera, gdy piszą... eee... nienajlepiej. Ciekawe, że niektóre naprawdę duże persony do tej pory sobie nie zdały z tego sprawy...