MARCIN CICHOŃSKI: Czy takie brzmienia, nawiązujące do The Beatles, czy starego, psychodelicznego Pink Floyd znajdują wśród młodych słuchaczy zainteresowanie? Czy nie za dużo od ludzi wymagacie?

TOMEK ZIĘTEK: Zespoły, o których wspomniałeś, są dziś ogólnodostępne i przez to, że mają status klasyki, to kod kulturowy, który tworzą, jest raczej dobrze znany. Na pewno jest znany w kręgach, w których się obracam. Od nikogo nie wymagamy też znajomości wartości, które we wspomnianych przez ciebie czasach obowiązywały.

Ale sami przewrotnie napisaliście do słuchaczy: w czasach zdominowanych przez elektronikę powróć do klasyki.

To powrót nie tyle do klasyki, ale do idei muzyki - stąd też nazwa zespołu. Mi to wszystko wydawało się cholernie naturalne. Zespół tworzy grupa ludzi, którzy mają podobne inspiracje i w oparciu o nie działają. Może żyłem w bańce mydlanej, ale zawsze wydawało mi się, że muzyczne inicjatywy to wspólna praca. A tu zderzenie z rzeczywistością, bo za projektami stoi jeden człowiek – przeżyłem tu duże rozczarowanie czasami. Wracając do idei – u nas przejawia się też sposobem rejestracji. Nagrywanie na setkę jest dziś nieekonomiczne. Taśma nie jest nośnikiem popularnym i łatwym w obróbce. Poza tym numer trzeba zarejestrować w taki sam sposób, w jaki się go wykona na koncercie – żeby go nagrać, trzeba go dobrze zagrać. W dobie techniki można go nawet zaśpiewać nieczysto i w komputerze poprawić. To, co robimy daje poczucie autentyczności, bo pewnie ktoś jest w stanie wychwycić mikrobłędy.

Myślisz, że w tych czasach jest jeszcze publiczność, która się tym przejmuje i dla której taka dbałość jest czymś ważnym?

To się okaże (śmiech). My jesteśmy. Wiesz, taki błąd jest fajną rzeczą. Żyjemy w świecie, który dąży do perfekcji, muzycy opierają się na programach, które pozwalają na korekcję nawet bardzo drobnych uchybień. A błąd jest przecież czymś ludzkim, muzyka ma pochodzić od człowieka, być ludzka właśnie.

W jednym z wywiadów przeczytałem, że skarżycie się na poziom menadżerów w polskim show biznesie. Większość, według was, chce wrzucić zespół do programu typu talent show i na tym, co się zdarzy opierać strategię promocyjną. Dlaczego się przed tym bronić? Dużo naprawdę dobrych artystów zaistniało dzięki takim programom.

Nam nie do końca zależy na popularności – bardziej na niezależności. Walczyliśmy o to od samego początku, odkąd nasza czwórka, w tym składzie, zaczęła grać. Kluczowe było dla nas to, by być niezależnym, robić to, na co mamy ochotę. Mieliśmy już dość dobrych wujków, z których każdy wiedział od nas lepiej, co my mamy robić. A my dobrze wiemy, co chcemy robić.

Poza tym – te programy robią z muzyki sport. Takie zero-jedynkowe traktowanie tego, czy ktoś jest lepszy czy gorsze jest czymś, z czym ciężko się zgodzić. Nie to chcemy uchwycić. Dla nas jest ważne spotkanie ludzi. Takie podejście mieliśmy podczas pracy z Maćkiem Cieślakiem – czasem coś było gorzej zagrane, ale zawierało ten pierwiastek, o którym można było powiedzieć: gramy razem, były zarejestrowanym naszym spotkaniem.

Być może to ciężko nazwać, ale to też sprawia, że takie podejście jest czymś wartościowym. Ktoś, kto tego słucha czuje, że to jest inaczej zarejestrowane.

Poruszyłeś nazwiska, które pomogły wam nagrać płytę: Maciej Cieślak i Marcin Cichy. Dla wielu osób to jest dream team. Ciężko było przekonać ich do wspólnej pracy?

Kilka lat temu chcieliśmy zarejestrować nasz pierwszy materiał, który moim zdaniem trochę przeleżał. Poszukiwaliśmy ludzi, którzy byliby zainteresowani współpracą przy nagrywaniu takiego albumu. Marcin Gałązka, gitarzysta Tymona Tymańskiego rzucił, że czemu nie spróbować i nie skontaktować się właśnie z Maćkiem, który po pierwsze: dysponuje sprzętem, który dałby nam możliwość rejestracji tego na taśmie, a po drugie ma bardzo podobne muzyczne inspiracje, jak my. Wątek beatlesowski łączy nas z wieloma muzykami i jest to spoiwo dość trwałe.

Przy okazji pierwszego wydawnictwa (które oficjalnie się nie ukazało) trafiliśmy na Maćka. Wtedy jednak nie mieliśmy dobrego materiału – tamten mym zdaniem zbyt długo przeleżał. Ale zobaczyliśmy jak Maciek pracuje – bardzo nam się to spodobało i przy okazji The Fruitcakes 2 wiedzieliśmy, jak to wykorzystać. Tak samo było z Cichym, który też pracował przy naszej pierwszej płycie, która była dla nas swoistym poligonem.

Koncerty to momenty prawdy – od razu widzisz jak sprawdzają się kompozycje, w szczególności, kiedy wykonuje się je pierwszy, drugi lub trzeci raz. Kto zostaje na waszych koncertach? To ludzie 35 +, których można podejrzewać o fascynację waszą muzyką, czy udaje się wam też kupić nowych.

To jest ciekawe zagadnienie, bo przekrój wiekowy to coś zaskakującego. Możemy pochwalić się chyba największą amplitudą. Są to i nastoletnie dziewczęta, które przez zainteresowane wizerunkiem, filmem trafiły na koncert. Przy pierwszej płycie było tak, że ze względu na „Kamienie na szaniec” przyszły na koncert, a muzyką raczej nie były zainteresowane. Patrzyliśmy na ich ojców, którzy byli z początku zdegustowani tym, że musza wysłuchać jakiegoś tam koncertu, a po nim przychodzili i mówili: „kurcze, nie wiedziałem, że moja córka takiej dobrej muzyki słucha”. I okazywało się, że dwa razy starsi ludzie też dobrze spędzili czas. Są też ludzie starzy, którzy pamiętają te klimaty i patrzą na nie z nostalgią, ale i bardzo młodzi, którzy odkrywają, bo nigdy takich klimatów nie słyszeli.

Zainteresowanie młodych dziewczyn – kurcze, naprawdę zapachniało Beatlesami…

Oj nie, myślę że nikt poza Justinem Bieberem nie jest w stanie uświadczyć takiej popularności. Ale jest nam miło, że są to wierni słuchacze, których widujemy w różnych miejscach na koncertach – że chce im się wracać.

Wracając jeszcze do koncertów. Zagraliście na kilku festiwalach, a tam – wiadomo – są i tacy, co was w ogóle nie znają. Lubisz takie sytuacje?

Tak! Często spotykamy się z taką sytuacją, bo nie wydaje mi się, że jesteśmy bardzo rozpoznawalną marką, nawet tu, na terenie Polski. Zazwyczaj jest więc tak, że na festiwalach gramy dla publiczności, która nas nie zna lub wiedzę na nasz temat mogła czerpać YouTuba. Mieliśmy takie sytuacje, że słuchacze mówili, że to, co słuchali w internecie, a to co usłyszeli na żywo to dwa różne światy są. Teraz jest płyta, nie ma takiego szoku.

Przepraszam, że zapytam wprost – ale czy z grania takiej muzyki da się wyżyć? Możecie być muzykami, czy musicie się podpierać innymi zajęciami?

Póki co radzimy sobie, od tego są koncerty. Odpowiedź brzmi więc: chyba tak. Trzeba grać dużo koncertów – oczywiście chłopaki grają też w innych projektach.

A czy The Fruitcakes to taka konstelacja przyjaciół, która przetrwa bez względu na to, co się będzie działo? Czy dajecie sobie ileś lat, by z misją bycia niezależnymi coś zdziałać?

Ten skład jest już dograny. Życzę sobie tego, że przetrwamy ewentualne zawieruchy i będziemy grać.  Łączy nas coś więcej niż tylko wspólny interes. To związek na porządnych podstawach.

Zespół zagra w najbliższym czasie:
29.09  Warszawa / Niebo
30.09  Gdynia / Festiwal Atrakcje
12.10. Toruń / NRD
13.10  Katowice / P23
15.10  Wrocław / Stara Piwnica
20.10  Gorzów Wielkopolski / Magnetoffon
21.10  Poznań / Scena na piętrze
22.10  Bydgoszcz / Mózg
27.10  Lublin / Radio Lublin
16.11  Kraków / Zet Pe Te
10.11-12.11  Warszawa / Europejskie Targi Muzyczne CJG
02.12  Słupsk / Domówka