Czekałam na ten moment bardzo długo. Przez ostatnie lata moje życie było podporządkowane tej płycie. Mam nadzieję, że odnajdzie ona ludzi o podobnej wrażliwości do mojej, bo oddaję wam fragment mojego serca. Bierzcie i jedzcie go wszyscy – napisała w dniu premiery albumu na swoim Facebooku Brodka. Słowa powtórzyła po angielsku, zwracając się do zagranicznych fanów. Nieprzypadkowo. "Clashes" została bowiem wydana w całej Europie, po podpisaniu przez Brodkę kontraktu z jedną z najważniejszych niezależnych wytwórni PIAS (Play It Again Sam), w której płyty wydają chociażby Editors, Roisin Murphy, Joan As Police Woman i Pixies. W tym alternatywnym towarzystwie Monika Brodka może czuć się swobodnie, bo nagrała świetny album.

Musieliśmy czekać na niego aż sześć lat. Poprzednia "Granda" przyniosła jej wiele nagród, znakomite recenzje i podwójną platynę. Dwa lata później Brodka wypuściła klubową epkę "Lax" i zamilkła aż do teraz. Zamilkła jednak tylko płytowo, bo aktywna muzycznie była wyjątkowo. Przede wszystkim za granicą. Wiele podróżowała, grając przy okazji koncerty na najważniejszych tzw. showcase'ach, czyli festiwalach, na których artyści mają okazję zaprezentować się nie tylko publiczności, ale też, a może przede wszystkim, wysłannikom wytwórni, menedżerom czy organizatorom koncertów. Brodka wspomina w wywiadach, że nie brakowało trudnych momentów podczas tych wypraw. U nas ma wypracowaną pozycję, bez problemu wyprzedawała i wyprzedaje sale koncertowe. Zdarzało się jednak, że na Zachodzie grała dla garstki osób. Jednak to właśnie showcase'y przyczyniły się do podpisania kontraktu.

Opłacało się, Brodka już zbiera pozytywne recenzje w zachodniej prasie. W naszej w większości również, choć zdarzają się głosy krytyczne, chociażby takie, że Polka zagubiła swoją stylistykę i nagrała płytę, po której przesłuchaniu trudno zapamiętać jakąkolwiek piosenkę. To jednak tak naprawdę zalety tego albumu. Brodka odkryła bowiem dla siebie nowy muzyczny świat i nagrała krążek, który chłonie się w całości, za każdym przesłuchaniem bardziej doceniając jego wartość. Niektóre numery, oderwane od całości, nie sprawdzą się na setlistach w Spotify czy Tidal, ale przesłuchane na całej płycie, w takiej kolejności, jaką wybrała Brodka, robią niesamowite wrażenie.

W stworzeniu brzmienia "Clashes" bardzo pomógł Monice doświadczony producent Noah Georgeson, który ma za sobą pracę chociażby z Joanną Newsom, Devendrą Banhartem i The Strokes. Noah przygotował wiele niesamowitych efektów gitarowych, brzmiących jak syntezatorowe dźwięki. Doszły do tego sample i niezwykle ważne dla tej płyty żywe instrumenty, jak obój, klarnet, wiolonczela czy organy kościelne. Tym samym Brodka cofnęła się, jak mówi, do swoich pierwszych muzycznych wspomnień związanych właśnie z muzyką kościelną. Wspomniane żywe instrumenty wykorzystała w taki sposób, że czasami mamy na "Clashes" klimat chłodny i mroczny, innym razem garażowo-rockowy, wreszcie psychodeliczno-popowy albo triphopowy. Niektóre motywy mogłyby posłużyć za soundtrack do filmu Davida Lyncha. Pokrewne dźwięki znajdą tu fani zarówno Florence Welch, PJ Harvey, jak i Portishead. Lirycznie Brodka porusza wiele ważnych tematów dotyczących duchowości, śmierci. Teksty zostały w dużej mierze zainspirowane jej podróżami do Japonii, USA, Meksyku, ale też na przykład wojną na Ukrainie.

Mimo nietypowych kolaży i zderzeń ("clashes") instrumentalnych, kilku nie najprostszych aranżacji album wciąga klimatem i zmusza do kolejnego przesłuchania. To bez wątpienia płyta bardziej wymagająca niż "Granda" i epka "Lax". Nie zdziwiłbym się, gdyby nie sprzedała się aż tak dobrze jak poprzedniczka. Z drugiej strony polski alternatywny pop jest dzisiaj na dużo wyższym poziomie niż kilka lat temu, wychodzi wiele świetnych płyt (m.in. Julii Marcell, Dawida Podsiadło). Brodka ma więc sporą konkurencję. "Clashes" jednak może się z powodzeniem bić o miano najciekawszego albumu ostatnich miesięcy nad Wisłą.

Brodka | Clashes | Kayax/PIAS