Voo Voo „Suwałki Blues Festival 2015”, Art2

W ubiegłym roku do Suwałk zjechało Voo Voo, by zagrać specjalny koncert, w którym pomagał mu tamtejszy Gospel Choir. Uwielbiam studyjne Voo Voo, bo za każdym razem ze zdumieniem odkrywam, że z zamkniętych form wydobywają elementy nowości i świeżości. Uwielbiam studyjne Voo Voo, ale to koncerty są solą ich istnienia, a takie, w których muzycy mogą poszerzać brzmienie, eksperymentować, poszukiwać, sprawdzać jak coś zagra poddane np. interpretacji przez chór gospel – najbardziej.

Wybór nagrań jak zwykle zaskakuje, bo przecież spokojnie można było znaleźć w repertuarze Voo Voo rzeczy o charakterze mocniej bluesowym, bardziej nadające się do zagrania na festiwalu z gatunkiem w nazwie. Zaskakuje też ich ujęcie – wszystko można było powywracać do góry nogami, wrzucić w tygiel muzycznej rewolucji, z których Voo Voo słynie, i na które czasem, jak w "Na coś się zanosi" delikatnie – jak na swe możliwości – sobie pozwala.

Mimo poszukiwania słychać ogromny szacunek dla muzycznej tradycji. I nie dominują tu gitary, choć momentami na nich oparte jest całe brzmienie.

Pozornie z tyłu schowany jest chór. Pozornie – bo właśnie jeśli porównać nagrania do oryginału, to on przede wszystkim robi różnicę, daje inne spojrzenie, przenosi w inny wymiar. I przy okazji brzmi, jakby chór z Voo Voo pracował od lat.

Płyty Voo Voo powinny od razu być wydawane jako wydawnictwa złożone z dwóch albumów. Pierwszy powinien zawierać nagrania studyjne, drugie od raz poddane eksperymentowi grania na żywo. Od razu to pewnie w naszej pełnej schematów rzeczywistości muzycznej wiele nie zmieni, jednak warto wierzyć, że kropla potrafi drążyć skałę.