Dziennik Gazeta Prawana logo

Dziewiętnastka w stylu retro. I uśmiechy do Amy, czyli Hollie Stephenson wchodzi na parkiety

10 sierpnia 2016, 11:36
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Okładka płyty Hollie Stephenson
Okładka płyty Hollie Stephenson/nieznane
Moda na retro jest uniwersalna, bo zawsze znajdzie się grupa odbiorców chętna sięgnąć po coś, co kojarzy im się ze "starymi dobrymi czasami". Rzecz w tym, by w tym klimacie poruszać się z klasą. Hollie Stephenson to potrafi.

Dwa-trzy lata temu odkrył ją Dave Stewart, starszakom znany z genialnego i w sumie nieodżałowanego duetu Eurythmics. I wiedział, że trafił na talent. Od kiedy jego macierzysta formacja praktyczne przestała istnieć Stewart skupił się na byciu łowcą talentów, producentem, agentem, wujkiem dobrą radą. Nie od dziś wiadomo, że na tym polu chciał się zrealizować i mieć kogoś, kogo odkrycie będzie mu przypisywane. Tak, jak nie do końca słusznie odkrycie Kate Bush przypisuje się Davidowi Gilmourowi.

Ale to, że Panną Stephenson zajął się Stewart wszystkim wyszło na dobre. Artystka nawet na chwilę nie śpiewa za bardzo, nie przekracza granicy, za którą płyta byłaby przesadzonym retro-cukierkiem. Produkcja stawia Hollie tak blisko Amy Winehouse, że czasem można się pomylić. "" albo "" mocno wibrują, poruszają się w światach pomiędzy bluesem, soulem i jazzem. Głos Stephenson na tle instrumentarium pozycjonowany jest tak, by wydobywać dolne tony i naturalną ciepłą barwę. To w oczywisty sposób budzi skojarzenia z jednym z największych talentów w historii.

Ale są też rzeczy, które Hollie od Amy zdecydowanie rozróżniają. W dobrym tego słowa znaczeniu Stephenson jest grzeczniejsza, mnij zadziorna, gładsza. Nie traktuje się tak, jakby wiedziała, że nie jest kimś dobrym – wręcz przeciwnie pokazuje, że z klasą króluje na scenie umieszczonej nad parkietem, rozdaje karty, zarządza rytmem. Nikt nie drży, że wodzireje gdzieś zgubi się głos, bo od razu wiemy – to osoba z innego świata.

Stewart za rękę wprowadził też Hollie w rejonu swingu, a nawet twista. Każe subtelnie wirować i wibrować. A to daje wejście na każdą scenę koncertową.

Jedyne czego płycie brakuje to nutki autentyzmu. Chciałbym wierzyć, że Hollie urodziła się z zamiłowaniem do takich rytmów, że czuje się w nich jak ryba w wodzie, a nie jest prowadzona w świat za rękę przez Ojca Chrzestnego. Ale na to pewnie przyjdzie czas na koncertach. Już czekam.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj