Dziennik Gazeta Prawana logo

Waits opowiada, jak droga jest jego sperma

24 listopada 2009, 10:39
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Okładka płyty  quot;Glitter And Doom Live quot; Toma Waitsa
Okładka płyty quot;Glitter And Doom Live quot; Toma Waitsa/Inne
Na swoim najnowszym, koncertowym albumie "Glitter and Doom Live" Tom Waits znowu zadziwia fanów, uwodzi muzyką i żartami z siebie. Amerykański bard śpiewa, gra, snuje plany na przyszłość, wspomina stare czasy, ale także zabawia słuchaczy absurdalnymi historyjkami.




Trudno nie cieszyć się z tego wydawnictwa – to siedemnaście utworów zarejestrowanych w zeszłym roku podczas koncertów w różnych częściach świata.

Trudno też od razu nie narzekać na to, że przecież występy tego artysty to nie tylko przypadkowy wybór znanych kawałków, ale bardziej kameralny minispektakl z dramaturgią, świetną muzyką i niestworzonymi historiami. A jego głównym bohaterem jest oczywiście śmieszny facet z bródką, w kapeluszu, snujący zachrypniętym głosem bez końca swoje pijackie opowieści o życiu.

Szkoda zatem, że Waits czy też jego wydawcy nie zdecydowali się tym razem na opublikowanie po prostu zapisu jednego z takich show, najlepiej również w wersji na DVD - tak jak chociażby świetny tegoroczny album "Live in London" Leonarda Cohena. Może artysta chciał uaktualnić swój album "Big Time" sprzed dwudziestu lat, który powstał w podobny sposób?



Akurat podczas ubiegłorocznej trasy Waits skupił się przede wszystkim na repertuarze z "Bone Machine" i rewelacyjnego "Real Gone". Nie zabrakło też pojedynczych utworów m.in. z "Rain Dogs", "Mule Variations" oraz wydanej ostatnio trzypłytowej składanki "Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards". Natomiast na scenie wspierał go zespół w składzie: gitarzysta Omar Torrez, kontrabasista Seth Ford-Young, klawiszowiec Patrick Warren, instrumenty dęte Vincent Henry i perkusista Casey Waits.

Ze starszych utworów świetnie wypada lekko funkujący "Such A Scream" z popisową solówką saksofonu, "Singapore" z egzotyczną partią marimby oraz bluesowe "Get Behind The Mule" obowiązkowo w wersji ponadsześciominutowej. W żywiole koncertowym wydaje się, że te wszystkie utwory brzmią jeszcze lepiej. Do tego blisko 60-letni Waits ma jeszcze bardziej chropowaty głos niż dawniej oraz ekspresyjną charyzmę sceniczną. Dzięki temu idealnie sprawdza się też w spokojniejszych i oszczędnych momentach, takich jak ballada "Fannin Street".



A z ostatnich utworów największe wrażenie robią przede wszystkim klasycznie zaaranżowana opowieść "Live Circus" utrzymana nieco w klimacie bajkowej opowieści i tajemnicze "Trampled Rose" ozdobione staroświeckimi organami. Niesamowicie brzmi też ponure "Make It Rain" rozpoczynające się od słów "She took all my money/And my best friend/You know the story/Here it comes again/I have no pride/I have no shame/You gotta make it rain/Make it rain!". Choć akurat tutaj przydałaby się pewnie jeszcze charakterystyczna gitara Marca Ribota, podobnie jak i kilka innych niezapominanych utworów z "Real Gone" - "Don’t Go Into the Barn", "Baby Gone Leave Me" czy "Shake It". Zresztą nawet po kilkukrotnym wysłuchaniu całości wciąż jakoś nie można do końca zrozumieć, jaki jest klucz doboru utworów na tę płytę i co właściwie łączy je ze sobą? Może dlatego po wysłuchaniu "Glitter and Doom Live" zwyczajnie pozostaje duży niedosyt?

Chociaż w pewnym sensie wynagradza to zupełnie zaskakująca dodatkowa płyta "Tom Tales" dodana do wersji kompaktowej albumu. To ponadpółgodzinny zbiór "przerywników koncertowych", kiedy Waits po prostu puszcza wodze wyobraźni i jak rasowy gawędziarz zabawia publiczność zupełnie absurdalnymi dywagacjami na temat świata ludzi i zwierząt: "Dlaczego nie można fotografować królików w ciągu tygodnia, tylko w weekendy?", "Dlaczego krewetki nie chcą dawać pieniędzy na cele charytatywne?", "Czym pachnie księżyc i skąd o tym możemy się dowiedzieć?", "Jaki dźwięk wydaje zarzucanie pajęczej sieci i o czym myśli większość owadów przed śmiercią?", "Co by się stało, gdyby tak wszyscy Chińczycy zeskoczyli naraz z drabiny na ziemię?", "Jak droga jest dzisiaj sperma Waitsa i po co ktoś chciałby ją kupić?".

Trochę drocząc się ze słuchaczami, którzy czekają na kolejne piosenki, po mistrzowsku zalewa ich garścią zupełnie niepotrzebnych i często zmyślonych faktów. Dzieli się również swoimi wspomnieniami z czasów, kiedy pracował na cmentarzu albo kupował bieliznę w biurze rzeczy znalezionych. Po prostu nietrudno oprzeć się jego czarowi i pozazdrości uczestnikom koncertu.



Waits idealnie wypracował sobie pozycję współczesnego barda, który z jednej strony jest otoczony kultem, a z drugiej cały czas ma do siebie dystans. Nie spieszy się z kolejnymi albumami, nie przesadza z graniem koncertów. Ale jego piosenki cały czas są przecież obecne w popkulturze – powracają w serialach, filmach animowanych oraz w różnych wykonaniach.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj