Właściwie cały zeszły rok był dla nas jednym wielkim wydarzeniem i minął nadspodziewanie szybko. Wystarczyło, że poszła w świat wieść o wydaniu
„Post-Nothing”, i ruszyliśmy z promocją, koncertami – to wszystko przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Najlepiej wspominam występy na Siren Music Festival w
Nowym Jorku i Pitchfork Music Festival w Chicago. To były nasze pierwsze koncerty przed dużą publicznością w Stanach, która znała nasze piosenki i reagowała na muzykę jak trzeba.
Odpowiedź jest chyba jedna: Pitchfork.com. Entuzjastyczna recenzja naszego debiutu na tym serwisie z dnia na dzień odmieniła nasze życie. Ludzie ze Stanów dobijali się do naszego wydawcy, żeby
kupić płytę, a promotorzy, żeby zaprosić nas na koncert. Wiem, że to brzmi niemożliwie, ale naprawdę tak było. Oczywiście wcześniej przez kilka lat w pewien sposób pracowaliśmy na to,
występując w lokalnych klubach w Vancouver, wysyłając demówki do różnych wytwórni czy wyjeżdżają na festiwal Pop Montreal, po którym podpisaliśmy kontrakt z niezależnym Polyvinyl.
Chyba nie, przynajmniej nie mamy z tymi artystami nic wspólnego. Oni wszyscy są z Toronto, tam toczy się całe życie muzyczne w kraju. To również centrum biznesowe, dlatego łatwiej jest im z
promocją i wyjazdami zagranicznymi. Natomiast Vancouver położone jest na końcu świata, do najbliższego miasta trzeba lecieć co najmniej pięć godzin, a do Calgary jedzie się samochodem
jakieś 10 godzin. W mieście działają ze dwa kluby na krzyż, wszystkie są małe i nie może być w nich za głośno, więc mamy przerąbane. A o wyjazdach do Stanów możemy tylko pomarzyć, bo
wiza pracownicza jest droga i nie opłaca się nam jej wykupywać. Znam też wiele zespołów, które próbowały ominąć te przepisy i większość z nich ma zakaz wjazdu na zawsze.
Tak, ale to jest zupełnie inne pokolenie i mają inną pozycję na scenie. Jest jeszcze taki zespół Black Mountain, o którym mówi się coraz więcej. I oczywiście setka innych amatorskich
kapel, w których zaczynaliśmy. Plusem naszego miasta jest jedynie to, że ma wspaniałe położenie – jest cisza, świeże powietrze, a jak wyjrzysz za okno, to z jednej strony masz
morze, a z drugiej góry. Ale przez to jesteśmy też zupełnie odcięci.
Rzeczywiście, życie w takich warunkach izolacji potrafi być frustrujące. Z drugiej strony potrafi być też motorem do działania i wyrwania się stąd. Nasz album
„Post-Nothing” można potraktować jako taki bodziec do zmiany. Te piosenki opowiadają o życiu każdego młodego człowieka, niezależnie od tego, czy jest z Kanady, czy z
Ameryki. Śpiewamy o dziewczynach, miłości, dorastaniu, o marzeniach, graniu muzyki – takich codziennych sprawach. I jeśli pytałeś mnie na początku o fenomen Japandroids, to według
mnie leży on właśnie w naszych piosenkach i ich uniwersalnym przekazie.
Jesteśmy przede wszystkim podekscytowani, że znów będziemy w trasie. To najlepsza rzecz i cały sens bycia muzykiem. Wiesz, Brian na przykład nigdy nie był w Europie, więc tym bardziej jest
przejęty. Jeśli chodzi o samo granie, to mamy spokój. Płytę prawie w całość zarejestrowaliśmy na żywo i nie mamy problemów z wykonywaniem ich na scenie. A reszta to kwestia miejsca,
sprzętu i publiczności – czy się koncert uda, czy nie. Dotychczas mamy same dobre doświadczenia, gramy mocniej, głośniej, więc tym razem pewnie też tak będzie.
Nie mam pojęcia, my wciąż żyjemy 2009 rokiem i nadchodzącymi występami. Mogę ci powiedzieć tak, że Brian rzucił pracę, a ja jeszcze dorabiam sobie jako pracownik socjalny, bo nie
pochłania to zbyt dużo czasu. Spróbujemy utrzymywać się z zgrania, jak długo tylko będziemy w stanie i wykorzystać swoją szansę. W połowie roku pewnie zaczniemy nagrywać nowe utwory i
myśleć nad płytą. W końcu chciałbym, żebyśmy za pięć lat wciąż byli popularni i mieli jeszcze więcej fanów.