"I'm New Here"
Gil Scott-Heron
Wyd. XL Recordings/Sonic Rec, 2010



Lata dzielące go od wydanej w 1994 roku "Spirits" spędził w narkotykowym widzie, pogrążony w depresji. Czarni współbracia, w tym Brian Jackson i członkowie harlemskiej grupy The Last Poets, pogrzebali pamięć o bardzie Black Arts Movement, widząc, jak na koncertach, jeszcze w latach 80., potyka się o własne słowa, które podpowiada mu publiczność, jak gubi ich sens i nie potrafi zapełnić dziur w pamięci.

W więzieniu Rikers Island, gdzie odsiadywał wyrok za posiadanie kokainy, odnalazł go Richard Russell, szef wytwórni XL Recordings, i namówił do nagrania "I’m New Here". Facet, który wpoił czarnym Amerykanom dumę z tego, kim są, nagrywa album memento dla siebie. W dodatku o niebo lepszy niż wszystko, co ostatnio wydali z siebie młodsi o 20, 30 lat amerykańscy raperzy, którzy od Scotta-Herona uczyli się układać rymy.

Wraca, by powspominać życie, złożyć hołd, ale też zbratać się z demonami we własnej głowie (mroczna elektronika, ciążąca ku grime'owi w "Me and the Devil" Roberta Johnsona zaskakująco współcześnie kontrapunktuje te wyznania). Muzycznie płyta oszałamia - otwartością na nowe dźwięki, ale i surowością głosu Scotta-Herona, który jest tu niczym echo zza grobu. Russellowi, który przejął także opiekę nad produkcją albumu, udało się uniknąć trip-hopowych i jazzowych mielizn: "I'm New Here", podobnie jak tytułowy utwór, zbacza w stronę elektroniczno-bluesowych ballad podbitych syntetycznym, technoidalnym basem jak u Buriala, dubstepem i akustycznym instrumentarium (fortepian i smyczki w "I’ll Take Care of You" Bobby'ego Blanda).

p



To wszystko sprawia, że słucha się tej płyty świetnie, niczym jednej mrocznej ballady, balansującej między intymną poezją a eksperymentem. Akustyczne "I'm New Here" z repertuaru innej legendy undergroundu, Billa Calahana, byłoby perełką na albumach Leonarda Cohena i jedynego dorównującego Scottowi-Heronowi białego barda Ameryki - Boba Dylana.

Pięć coverów, kilka własnych piosenek i mamrotanych przerywników muzycznych, plus jeden dłuższy utwór - świetne "New York Is Killing Me". Może choć tyle zostanie po latach z wielkiego powrotu Gila, bo pewnie niewielu czarnych będzie sobie podśpiewywać piosenki z tej płyty przed śniadaniem, jak niegdyś jego "The Revolution Will Not Be Televised" czy "The Bottle". Nie szkodzi. Rewolucja już się dokonała, także dzięki Gilowi. "I’m New Here" jest tego dowodem.