"Dingue"
Emmanuelle Seigner
Wyd. Columbia, 2010
Ocena: 4/6



Seigner podziękowała za współpracę zespołowi Ultra Orange, z którymi nagrała swój debiutancki album trzy lata temu, i drugą płytę „Dingue” firmuje już tylko swoim nazwiskiem. Wraz z pozbyciem się rockowych kompanów piosenki francuskiej aktorki straciły niestety na charakterze, którego nigdy przecież nie miała w nadmiarze. Wcześniej jej wątły głos jakoś bronił się w towarzystwie zabrudzonych gitar, ale na „Dingue”, przepełnionym akustycznymi brzmieniami, jego słabości są nie do ukrycia.

Z drugiej strony zgrabnym kompozycjom zaśpiewanym bez wysiłku i z lekkością przez Seigner nie można nic zarzucić. To przyzwoity retro pop odwołujący się do francuskiej klasyki, podobny do nieszkodliwych pioseneczek, jakie niedawno zaproponowała Carla Bruni. Melancholijny „Alone a Barcelone” ochrzczony filmowymi smykami i pogwizdywaniem albo „Autant s’aimer autant” oparty na miękkiej gitarze akustycznej przypadną zapewne do gustu zwolennikom lounge’u zabarwionego bagietkowym klimatem, ale to raczej jednorazowy flirt.

Największym problemem wcale nie jest niespecjalnie mocarny wokal Seigner. Przecież Charlotte Gainsbourg na swojej ostatniej płycie też częściej szeptała, niż śpiewała, a mimo to potrafiła wspólnie z Beckiem stworzyć nową jakość, gdzieś na przecięciu klasycznej piosenki francuskiej, popu i mrocznej alternatywy. Seigner brak konkretnego pomysły na siebie – sama nie wie, czy chce być lolitką spod znaku Brigitte Bardot, czy drapieżną i mroczną femme fatale w rodzaju Juliette Greco.


Oczywiście trudno wymagać, żeby żona Romana Polańskiego zaczęła nagle samplować kwiczenie świń i pławiła się w przesterach, ale tytuł płyty „Szalona” jednak do czegoś zobowiązuje. Tym bardziej że Seigner od dawna kreuje się na niezależną i drapieżną artystkę. Dość powiedzieć, że w 2007 roku w wywiadzie dla „Kultury” przekonywała, że „nie jest miłą laseczką”.

Tymczasem tytułowy numer „Dingue” jest tak szalony, jak szaleństwo księgowego w delegacji. Energia pojawia się na chwilę w „Femme fatale” okraszonym bardziej agresywnymi gitarami i zdecydowanym rytmem, ale to zdecydowanie za mało. Co nie znaczy, że „szalonej” nie zdarzają się dobre strzały. Jednym z nich jest z pewnością duet „La Derniere Pluis” z Iggym Popem, utrzymany w klimacie niedawnego albumu frontmana The Stooges. Podobnie jak na zeszłorocznym „Preliminaires” inspirowanym prozą Michela Houellebecqa pop z ikony samobójczego punku zmienia się tu w ciepłego wujka szepczącego czułe słówka swojej wybrance. Ciągle jednak słychać w jego głosie łobuza, więc ponownie mu wybaczamy.

Jednak największą sensacją płyty, i jednocześnie dość oczywistym zagraniem marketingowym, bezapelacyjnie jest „Qui ites vous?”. Seigner partneruje tu sam Roman Polański, a całość pomyślana jest jak trawestacja królowej pościelówek, czyli piosenki „Je t’aime... moi non plus”. Na wzór dialogu prowadzonego przez Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin Emmanuelle próbuje obrócić w żart obecną, niewesołą sytuację polskiego reżysera. – Kim pan jest i co pan robi w moim łóżku? – pyta Seigner. – Jestem uosobieniem miłości – mruczy Polański. – Zaraz zadzwonię na policję – odpowiada jego żona. Kiedy reżyser rzuca od niechcenia: „Masz taką miękką i gładką skórę”, nie mamy wątpliwości, że zepsuciem i lubieżnością dorównuje Igły’emu. Jednak i ten utwór należy rozpatrywać bardziej w kategoriach ciekawostki zoologicznej niż tematu, do którego chciałoby się częściej wracać.